Park Szczubełka do poprawki. Wystarczy zagłosować

Park Szczubełka do poprawki. Wystarczy zagłosować

Tylko do wtorku 15 września trwa głosowanie na projekty budżetu obywatelskiego w Warszawie. Jednym z trzech projektów zgłoszonych na starej Sadybie jest renowacja Parku Szczubełka.

– Park ten ma duży potencjał, ale odstrasza swoim niezadbanym wyglądem. Dzięki niedrogiej renowacji może otrzyma znów swój urok – uzasadnia swój projekt Amelia Olszewska. Chodzi o Park Szczubełka przy Powsińskiej, między Morszyńską i Okrężną. Ten malowniczy, szeroki jęzor zieleni, otoczony z trzech stron wodą, przyciąga głównie rodziny z dziećmi – te przychodzą tu dla położonego w centralnej części kolorowego i rozległego placu zabaw.

W ramach projektu, który zgłosiła do tegorocznego budżetu obywatelskiego, pani Amelia chce zamontować 20 nowych ławek i 3 hotele dla owadów. Najwięcej pieniędzy ma jednak pochłonąć rewitalizacja zieleni. Pomysłodawczyni chce posadzić 8 dużych platanów o obwodzie 20-25 cm z 3-letnią pielęgnacją, posiać trawę na powierzchni 3 tysięcy m2, oraz nasadzić 20m2 krzewów liściastych. Łączny koszt projektu wynosi 251 tysięcy złotych.

Zdaniem autorki, rewitalizacja przestrzeni zachęci większą ilość użytkowników do korzystania z parku. Czy tak się stanie zależy od liczby głosujących za tym pomysłem w tegorocznym budżecie obywatelskim. Projekt pt. „Renowacja Parku Cz. Szczubełka przy ul. Powsińskiej i Morszyńskiej” znajduje się na liście 98 projektów dzielnicowych, które zostały poddane pod głosowanie na Mokotowie. Na wspominanej liście figuruje pod numerem 23.

Głosowanie na projekty w budżecie obywatelskim odbywa się w Internecie pod adresem  https://app.twojbudzet.um.warszawa.pl/voting/welcome. Termin głosowania upływa 15 września.


Czytaj dalej

Nie żyje Paweł Kamiński. Jeden z pierwszych mieszkańców starej Sadyby

Nie żyje Paweł Kamiński. Jeden z pierwszych mieszkańców starej Sadyby

W wieku 92 lat zmarł Paweł Kamiński, syn adiutanta Marszałka Piłsudskiego, gen. Feliksa Kamińskiego.

Był skarbnicą wiedzy o przedwojennej Sadybie. Sprowadził się tu z rodzicami w 1930 roku, kiedy miał 2 lata. Dzięki swojej doskonałej pamięci i darowi opowiadania, zarażał kolejne pokolenia entuzjazmem do tego warszawskiego osiedla. Z pasją opowiadał o historii Sadyby m.in. na festiwalu Otwarte Ogrody. Jeszcze dwa lata temu, w wieku 90 lat, spotkał się wspomnieniowo z grupą młodzieży w Jaworznie, skąd wywodził się jego ojciec, adiutant Piłsudskiego i zastępca późniejszego ministra Becka, gen. Feliks Kamiński.

Zmarł w zeszły czwartek, 3 września. Pogrzeb odbędzie się w środę, 9 września, w parafii NSPJ w Starej Miłosnej o godzinie 11.00.

W 2016 roku Paweł Kamiński zarejestrował swoje wspomnienia w archiwum historii mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego. Poniżej zamieszczamy fragmenty jego wypowiedzi. Pod relacją zamieszczamy również linki do pełnej wersji wspomnień oraz do relacji ze wspomnianego spotkania z młodzieżą w Jaworznie, opublikowanej przez Polskie Radio.

Dom

W roku 1930 moi rodzice zakupili [mieszkanie] na Sadybie. To była tak zwana Oficerska Sadyba, tam powstała Spółdzielnia Mieszkaniowa „Sadyba” i od tej spółdzielni ojciec i matka zakupili nieruchomość, ulica Okrężna 64. Od tego czasu mieszkałem na Sadybie.

Sadyba

Sadyba to była taką wydzieloną enklawą. Sadyba się nazywała Miasto-Ogród Czerniaków. Powstało tam Towarzystwo Przyjaciół tego Miasta-Ogrodu Czerniakowa i mój ojciec był jego pierwszym prezesem w latach trzydziestych. A ja byłem czasem zabierany… Początkowo nie było komunikacji, była kolejka wąskotorowa, która szła przez Sadybę do Wilanowa i dalej do Piaseczna, a stacja końcowa była pod Belwederem, więc początkowo łączność komunikacyjna to była tą kolejką tylko. Pamiętam, zanim jeszcze powstała ta szkoła, to mój brat jeździł tą kolejką, już nie pamiętam [dokładnie], tu, w pobliżu placu Trzech Krzyży, tam była szkoła i tam jeździł jako dziecko. Ale jeździł sam. Miał ile? Może siedem lat. Wsadzało się go do tej ciuchci i tą ciuchcią dojeżdżał do stacji, a potem jakoś się dostawał do [szkoły].

Ale ja od czasu do czasu jeździłem z rodzicami do miasta, do kina czy nawet, pamiętam, raz do Teatru Polskiego pojechaliśmy. „Gałązka Rozmarynu”, taki tytuł tej sztuki, no i między innymi byłem na tej sztuce w Teatrze Polskim. I co pamiętam z tego? Jak ten tramwaj jechał przez Czerniaków, to na ulicy Czerniakowskiej bardzo dużo Żydów mieszkało i oni stali na ulicy, na przystankach z tymi brodami, w chałatach, i to pamiętam, że tak było. Ale tramwaj się nie zatrzymywał, jechał do góry, na placu Trzech Krzyży była pętla, tam się do następnego tramwaju przesiadało.

Spacery

Główne spacery to była Sadyba. Te kilkaset, może sto domów, willi było wybudowanych, a wokół pełno pastwisk i trawy. I naprzeciwko naszego domu, to jest na ulicy Okrężnej, po takim wielkim polu, pastwisku była aleja Sobieskiego i tam jeszcze drzewa – tak mówiono, zasadzone przez Sobieskiego – dęby rosły i pamiętam na tym pastwisku pasło się pełno krów. Podobno te krowy to były z Folwarku Branickich z Wilanowa, bo to były ich tereny i oni tam pędzili, te krowy tam się pasły.

I pamiętam taką jedną historię. Po ojca przyjeżdżał zawsze początkowo motocykl z przyczepą i zabierał ojca do miasta, gdzie pełnił swoje funkcje, i potem, po odbyciu służby, początkowo motocykl, a potem pułk zakupił samochód, i wracał samochodem. I kiedyś, któregoś dnia ojciec, kiedy jechał od alei Sobieskiego ulicą Truskawiecką (ta ulica Truskawiecka istnieje dalej), te krowy się postraszyły i zrobiły straszny harmider, biegały w kółko, wystraszyły się tego motocykla. To trwało jakąś chwilę, zanim te krowy się uspokoiły. Taka atmosfera była na Sadybie. Tak to wyglądało.

Szkoła

Na Sadybie powstała szkoła, która została zlokalizowana w dawnych budynkach wojska, to był jeszcze tak zwany Fort Dąbrowskiego wybudowany jeszcze za czasów carskich i tam były różne budynki, pomieszczenia i jeden z tych budynków został zaadoptowany na szkołę. Mój ojciec brał bardzo czynny udział w organizacji tej szkoły, dlatego że to były tereny wojskowe, ojciec pełnił, tak jak mówiłem, był wysokiej rangi i ściśle związany z władzą ówczesną, był między innymi Piłsudski i na pewno przyczynił się w dużej mierze, że ta szkoła powstała. Tam początkowo chodziłem do przedszkola, to było na ulicy Powsińskiej. W tej chwili to są tereny zielone i tam jest w tej chwili park. Potem pierwsza klasa, druga, trzecia, czwarta i piąta. A mój brat chodził o dwie klasy wyżej.

Zuchy

Na terenie tej szkoły harcerzy nie było, były zuchy, bo to była szkoła powszechna i ja należałem do jednego z takich zastępów, indiańscy Osmanowie chyba to się nazywali, bo tam niektórzy byli Apacze, drudzy Osmanowie w tej szkole. To był bardzo duży teren, jeśli chodzi o przestrzeń, las, krzaki i tak dalej, tak że idealne dla młodych ludzi. Myśmy sobie tam biegali po tych ścieżkach, zakładali obozowiska i tak dalej.

 https://www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/pawel-kaminski,3513.html

 https://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/2170043,Zywa-lekcja-historii-z-synem-ofiary-zbrodni-katynskiej-Niebagatelne-swiadectwo?fbclid=IwAR1eIY0jnbPWEwZ29oIfW_fBLfwhHCU-tTDcGzEwnvToS6_v8zLaHvX_OZE


Czytaj dalej

Ruszyło głosowanie w budżecie obywatelskim – kawiarnia nad Jeziorkiem Czerniakowskim jest w zasięgu ręki

Ruszyło głosowanie w budżecie obywatelskim - kawiarnia nad Jeziorkiem Czerniakowskim jest w zasięgu ręki

Jeszcze tylko tydzień, do 15 września trwa głosowanie na projekty budżetu obywatelskiego w Warszawie. Starą Sadybę reprezentują tym razem tylko trzy projekty – zakup nowości książkowych do biblioteki publicznej przy św. Bonifacego, rewitalizacja Parku Szczubełka, oraz modernizacja budynku tzw. WOPR-ówki nad Jeziorkiem Czerniakowskim. O tym trzecim projekcie rozmawiamy dziś z jego autorem, Markiem Maliszewskim.

Minęły czasy, gdy budżet obywatelski (wcześniej zwany partycypacyjnym) przynosił starej Sadybie inwestycje miejskie idące w setki tysięcy złotych. Dwa lata temu miejscy urzędnicy zmienili bowiem zasady gry. Zrezygnowali z kilku osiedlowych okręgów i wprowadzili w ich miejsce jeden duży okręg głosowania, obejmujący całą dzielnicę Mokotów. W efekcie, szanse na wygraną w mało zaludnionych osiedlach jak stara Sadyba znacząco spadły.

Ze zmiany zasad i obniżenia szans nic sobie nie robi urodzony optymista, Marek Maliszewski. – Od wielu już lat staram się wszystkim zwrócić uwagę na tzw. „woprówkę”, znajdującą się nad Jeziorkiem Czerniakowskim przy ulicy Jeziornej – składam między innymi projekty do budżetu obywatelskiego dotyczące remontu i modernizacji istniejącego budynku – pisze do nas pan Marek, na co dzień animator klubu żeglarskiego przy szkole podstawowej 103. – W tym roku złożyłem po raz kolejny mój projekt pod nazwą „Dalsza modernizacja tzw. „Woprówki” nad Jeziorkiem Czerniakowskim” – dodaje.

Szeroki front robót

Projekt pod nazwą „Dalsza modernizacja tzw. „Woprówki” nad Jeziorkiem Czerniakowskim” zakłada „podniesienie walorów estetycznych i użytkowych budynku i terenu po byłej bazie WOPR-u”. Pod tym dość enigmatycznym określeniem kryje się potężny zakres robót. Z łącznej kwoty 813 tysięcy najwięcej, aż 210 tysięcy, mają kosztować prace na zewnątrz budynku – wybicie nowych okien na poziomie parteru, wstawienie nowych drzwi, ocieplenie budynku styropianem lub wełną mineralną, tynkiem mineralnym i ozdobną drewnianą okładziną.

Prawdziwą metamorfozę ma przejść wnętrze budynku. W miejsce kilku małych salek ma powstać kawiarnia. W tym celu mają zostać wykonane nowe podziały pomieszczeń zgodne z wymogami kawiarni. Według projektu powstanie co najmniej otwarta sala do konsumpcji („i do zajęć dydaktycznych do czasu wybudowania pawilonu przewidzianego do tej funkcji”), bufet, zaplecze gastronomiczne, pomieszczenie gospodarcze, zmywalnia, toalety dla klientów i personelu. Całość prac na parterze ma kosztować 160 tysięcy złotych.

Gruntowną wymianę przejdą wszystkie instalacje. Poza standardowymi instalacjami (kominową, wentylacyjną, gazową, wodną, elektryczną i odgromową), powstać ma instalacja alarmowa i do monitoringu przemysłowego. Razem – 180 tysięcy złotych.

Poza powyższymi wydatkami, Marek Maliszewski przewiduje stworzenie podjazdu do budynku dla niepełnosprawnych, ozdobnego płotu, stylowej drewnianej bramy, tablic informacyjnych. Remont mają też przejść: magazyn, dach (z ociepleniem) oraz wiata śmietnikowa.

Projekt został pozytywnie zweryfikowany i dopuszczony do głosowania. Od 1 września do 15 września można na niego głosować wśród projektów dzielnicowych na Mokotowie pod adresem  https://app.twojbudzet.um.warszawa.pl/voting/welcome.

Maliszewski: Zdaję sobie sprawę, że jest to jeden z najdroższych projektów złożony do realizacji w 2021 roku, a jednak…

Projekt modernizacji budynku przy Jeziorku Czerniakowskim jest wart uwagi. To być może jedyny sposób na to, by tchnąć w niego nowe życie, zważywszy na pustki w miejskiej kasie. O tym, czy projekt ma szanse na realizację, rozmawiamy z jego autorem, Markiem Maliszewskim.

Sadyba24.pl: W momencie składania w styczniu tego roku, Pana projekt miał inny zakres. W aktualnej wersji punkt ciężkości zmienił się z zaplecza sanitarnego na kawiarnię. Skąd wziął się pomysł kawiarni?

Marek Maliszewski: W trakcie weryfikacji projektu uzyskałem informacje o tym że OSiR Mokotów stworzył koncepcje programowo przestrzenną zagospodarowania terenu przy Jeziorku Czerniakowskim. Opracowanie proponuje pełną modernizację budynku celem dostawania do nowej funkcji tj. kawiarni oraz magazynu dla sprzętu sportowego.

W pierwotnej wersji projektu pisał Pan o 3 toaletach dla plażowiczów. W obecnej wersji mowa jest o toaletach dla klientów, bez doprecyzowania liczby. Na jaką liczbę toalet mogą liczyć plażowicze w Pana projekcie?

Zaplecze sanitarne dla plażowiczów wraz z infrastrukturą (toalety, szatnie, prysznice) przewidziane są w nowym budynku, który ma powstać.

Pana projekt jest bardzo drogi. Jeden z najdroższych wśród projektów dopuszczonych do głosowania z Mokotowa. Jak zamierza Pan przyciągnąć do głosowania na niego co najmniej 1500 osób, co było minimalnym progiem dla dużych zwycięskich projektów w ubiegłym roku? W ubiegłym roku na Pana pierwotny projekt (jeszcze bez kawiarni) głosowały 732 osoby.

Wartość projektu została oszacowana na podstawie wspomnianej koncepcji jako szacunkowy kosztorys. Modernizacja budynku była by zatem jednym z pierwszych elementów szerszej koncepcji zagospodarowania terenu przy Jeziorku Czerniakowskim. Rok temu mój projekt otrzymał 732 głosy – byłem bardzo zadowolony – muszę przyznać, że akcję promującą projekt rok temu prowadziłem wyłącznie wśród znajomych i znajomych – znajomych. Aby promować aktualny projekt zgłosiłem się do portalu Sadyba24.pl. Myślę również, że Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Miasto-Ogród Sadyba mogło by włączyć się czynnie, aby pomóc promować ten projekt.

W obecnej wersji projektu mowa jest o prowadzeniu zajęć dydaktycznych w sali do konsumpcji do czasu wybudowania pawilonu edukacyjnego, przewidzianego w planie ochrony Jeziorka Czerniakowskiego. Jak Pan sobie wyobraża łączenie komercyjnej kawiarni wybranej w drodze przetargu i zainteresowanej jak największym zyskiem z zajęciami dydaktycznymi, które wymagają ciszy i skupienia?

Z uzyskanych przeze mnie informacji wynika, że do momentu powstania nowego budynku, pomieszczenia kawiarni mogą być wykorzystywane na zajęcia edukacyjne, dydaktyczne oraz spotkania sąsiedzkie, a kwestie te mogą być rozwiązane odpowiednimi warunkami umowy.  


Czytaj dalej

Przeszkadzają Ci ekipy filmowe w środku osiedla? Jest na to sposób

Przeszkadzają Ci ekipy filmowe w środku osiedla? Jest na to sposób

Dwa tygodnie temu opublikowaliśmy apel jednej z mieszkanek starej Sadyby. Podając przykłady z życia, domagała się, by ekipy filmowe przestały tarasować wąskie ulice na jej osiedlu. Straż Miejska właśnie odpowiedziała, za jakie zachowanie ekip może nałożyć mandat.

– Ekipy filmowe nie dają nam wytchnienia, działają bez pozwoleń, bez zachowania dobrosąsiedzkich stosunków, łamiąc przepisy drogowe i zawłaszczając przestrzeń publiczną – skarżyła się naszemu portalowi Monika Krzemińska z zarządu osiedla Sadyba Park przy Pl. Rembowskiego 9a.

Nasza czytelniczka domagała się ustalenia, jakie przepisy rządzą działalnością ekipy filmowych i jakie są uprawnienia w tej sprawie straży miejskiej.

Mandat? Wiadomo już za co

W ślad za naszym artykułem, zapytanie w tej sprawie złożyła do burmistrza Mokotowa radna dzielnicy Mokotów, Hanna Kosowska. W odpowiedzi, wiceburmistrz Jan Ozimek przekazał właśnie stanowisko straży miejskiej. Jak wynika z oświadczenia, strażnicy mogą w takich sytuacjach nakładać mandaty za: zakłócenie spokoju lub porządku publicznego, tamowanie lub utrudnianie ruchu na drodze publicznej oraz niszczenie zieleni.

Aby strażnicy mogli nałożyć mandat za powyższe przewinienia, musi być spełniony jeden warunek. Muszą zaistnieć okoliczności „zarówno o charakterze materialnoprawnym (np. w przypadku wykroczenia, spowodowanie skutku w postaci rzeczywistego zakłócenia spokoju przynajmniej jednej, konkretnej osoby), jak i procesowym.”

Ekipa musi mieć zezwolenie i projekt organizacji ruchu

Strażnicy podają również, że ekipa filmowa musi wcześniej wystąpić o specjalne pozwolenie na zajęcie pasa drogowego do dzielnicy. Zezwoleniu musi towarzyszyć zatwierdzony przez Biuro Mobilności i Transportu Urzędu m.st. Warszawy projekt czasowej organizacji ruchu.

Zgodnie z zezwoleniem ekipa musi zabezpieczyć i oznakować teren zajęcia podany w projekcie organizacji ruchu, w tym 5 dni przed zajęciem pasa drogowego musi umieścić znaki drogowe B-36 (zakaz zatrzymywania się). – Zezwolenie udzielane jest na wskazany okres – podają strażnicy.

Całą odpowiedź na interpelację radnej Hanny Kosowskiej zamieszczamy poniżej. (Śródtytuły redakcji)

 

Odpowiedź Straży Miejskiej

Co mogą strażnicy

Straż miejska zobowiązana jest do czuwania nad porządkiem i kontroli ruchu drogowego w zakresie określonym w przepisach o ruchu drogowym. Strażnikom miejskim wolno m.in.: wydawać polecenia osobie, która spowodowała przeszkodę utrudniającą ruch drogowy lub zagrażającą jego bezpieczeństwu. Ponadto uprawnieni są do nakładania grzywien w postępowaniu mandatowym za wykroczenia określone w trybie przewidzianym przepisami o postępowaniu w sprawach o wykroczenia oraz do dokonywania czynności wyjaśniających, kierowania wniosków o ukaranie do sądu, oskarżania przed sądem i wnoszenia środków odwoławczych. Mogą prowadzić postępowanie mandatowe w zakresie węższym niż Policja.

Za co można nałożyć mandat

Spośród czynów przywołanych w w/w interpelacji, kompetencja Straży Miejskiej m.st. Warszawy w zakresie nakładania na sprawców kary grzywny w drodze mandatu karnego obejmuje: zakłócenie spokoju lub porządku publicznego, tamowanie lub utrudnianie ruchu na drodze publicznej oraz niszczenie zieleni.

Nałożenie kary grzywny na sprawców wykroczeń w drodze mandatu karnego jest uwarunkowane zaistnieniem okoliczności zarówno o charakterze materialnoprawnym (np. w przypadku wykroczenia, spowodowanie skutku w postaci rzeczywistego zakłócenia spokoju przynajmniej jednej, konkretnej osoby), jak i procesowym.

Mandaty za nieprawidłowe wykorzystanie dróg?

Pozostałe pytania sformułowane w w/w interpelacji odnoszą się w ograniczonym zakresie do Straży Miejskiej m.st. Warszawy, ponieważ wykorzystywanie dróg publicznych niezgodnie z ich podstawowym przeznaczeniem, a więc np. na działalność artystyczną, zależne jest wyłącznie od decyzji podmiotu administrującego daną drogą. W przypadku m.st. Warszawy – jako jednostki samorządu terytorialnego o szczególnym statusie określonym odrębną ustawą – uprawnienia w zakresie zarządu drogami gminnymi przysługują właściwym dzielnicom. Z tego powodu zezwolenia na zajęcie pasa drogowego wydawane są przez burmistrza tej dzielnicy, w której znajduje się droga planowana do wykorzystania jako plener filmowy.

Dzielnica wydaje zezwolenia, mieszkańców nie musi informować

Jednocześnie informuję, że Wydział lnfrastruktury tut. urzędu jako zarządca drogi udziela zezwolenia na podstawie art. 40 ust. 1 i 2 ustawy z dnia 2l marca 1985 r. o drogach publicznych (Dz. U. z2O2O r., poz.47o, z poźn. zm.) w formie decyzji administracyjnej na zajęcie pasa drogowego dróg gminnych między innymi w celu realizacji zdjęć przez ekipy filmowe. W/w zezwolenie udzielane jest w związku ze złożeniem przez wnioskodawcę stosownego wniosku w oparciu o zatwierdzony przez Biuro Mobilności i Transportu Urzędu m.st. Warszawy – projekt czasowej organizacji ruchu. Zgodnie z warunkami udzielonego zezwolenia strona jest zobowiązana do zabezpieczenia i oznakowania terenu zajęcia, zgodnie z zatwierdzonym projektem organizacji ruchu, W tym 5 dni przed zajęciem pasa drogowego umieszczane są znaki drogowe B-36 (zakaz zatrzymywania się). Zezwolenie udzielane jest na wskazany okres.

Z uwagi na fakt, że zezwolenie udzielane jest w formie decyzji administracyjnej – mieszkańcy nie są stronami przedmiotowego postępowania administracyjnego – i w konsekwencji organ ją wydający nie jest zobowiązany przepisami ustawy z dnia 14 czerwca 1960 r. Kodeks postępowania administracyjnego (Dz. U. z2o2or.,poz’256,zpoźn.zm.) do ich informowania.


Czytaj dalej

Stoi w sadybiańskim ogrodzie od blisko 100 lat. Sadybianie przywrócili jej dawny blask

Stoi w sadybiańskim ogrodzie od blisko 100 lat. Sadybianie przywrócili jej dawny blask

Ta figura towarzyszyła starej Sadybie od początku jej poczęcia, jeszcze w latach 20-tych poprzedniego wieku. Starsi Sadybianie wierzyli, że chroni ich przed nieszczęściem. Jeszcze niedawno podniszczona i wyblakła, dzięki inicjatywie nowego pokolenia znów zachwyca swoim pięknem.

Nasza Maryjka – mówią o niej mieszkańcy bloku oficerskiego przy Morszyńskiej na Sadybie. W ostatnich tygodniach kamienna figura z 1928 roku, stojąca w ogrodzie przedwojennej kamienicy, przeszła gruntowną renowację. Artystka-plastyk Katarzyna Derkacz-Gajewska ze znajomymi charytatywnie przywróciła ją do życia, przy okazji odkrywając ją na nowo młodemu pokoleniu.

Trzeba położyć kolejną warstwę

To nie była zwyczajna konserwacja. Od kilkudziesięciu lat figurą opiekowała się 92-letnia dziś pani Cecylia Dudka, mieszkanka pobliskiej kamienicy. Kiedy zdecydowała, że czas już ponownie pomalować przyblakłą Matkę Boską i chciała powierzyć to zadanie gospodarzowi domu, mieszkanki kamienicy szybko zaczęły rozglądać się za alternatywą. Kimś z doświadczeniem i formalną wiedzą. I znalazły – mieszkającą nieopodal artystkę-plastyk Katarzynę Derkacz-Gajewską. Mimo poważnych obaw, pani Cecylia dała się przekonać i prace ruszyły w ostatnich dniach czerwca.

Prace zaczęły się od poszukiwania śladów historii. – Figura trafiła tu w 1928 roku z Przemyśla. Przywiózł ją generał Branicki, mieszkaniec kamienicy – mówi Aleksandra Karkowska, mieszkająca obok sadybiańska aktywistka. Nie udało się jednak ustalić, czy rzeźba została wykonana na specjalne zamówienie Branickich czy też stała już w ich majątku od pokoleń, zanim przyjechała do Warszawy. Nie zachowało się też ani jedno zdjęcie figury, które pokazywałoby oryginalne kolory. Trudno było też rozstrzygnąć, czy rzeźba jest kamienna (co byłoby bardzo nietypowe) czy stanowi odlew z betonu lub innego trwałego materiału.

Każdy mieszkaniec ma swoją wizję 

Gdy lokalna konserwatorka przystąpiła wreszcie do pracy, zdała sobie sprawę, że musi stawić czoło różnym oczekiwaniom mieszkańców. – Każdy mieszkaniec kamienicy miał swoją własną wizję kolorów – mówi Katarzyna Derkacz-Gajewska. Była m.in. propozycja, by figurka po odnowieniu była ciemniejsza i przypominała Matkę Boską Meksykańską. Zanim jednak konserwatorka zdecydowała o kolorach, musiała przygotować sobie grunt i oczyścić figurę. Figurka okazała się być pokryta czterema warstwami farby. – Kawałki farby odchodziły na całej figurze. Wiedziałam, że muszę zerwać wszystko do czystego kamienia – wspomina Derkacz-Gajewska.

W oczyszczanie rzeźby zaangażowało się charytatywnie kilku znajomych artystki, również jak ona mieszkających na starej Sadybie. Razem pokrywali figurę specjalnym środkiem, który powodował, że pęczniały i odchodziły kolejne płaty farby. Potem do akcji weszły dwie opalarki i szpachelki. Zdzieranie zaschniętych i odpadających warstw farby zajęło kilku osobom w sumie dwa dni, od rana do wieczora.

Nie byłam w stanie wytrzeć jej oczu 

Po krótkich wakacjach społeczna konserwatorka przystąpiła do malowania. Tym razem sama. Do pomocy przyszła jej zaprzyjaźniony sklep z farbami Benjamin Moore, który przekazał również w czynie społecznym farby zewnętrzne w czterech różnych kolorach. Kolory te były następnie rozmieszane na wiele różnych odcieni, tak by dobrać najlepszy efekt. – Wszystkie kolory tworzyła sama. Zależało mi, by figura pozostałą wytworna, subtelna, żeby się nie świeciła. Chciałam też, by zachowało się trochę brudu, swoistej patyny – tłumaczy Derkacz-Gajewska.

Sadybiańska artystka-plastyk zaczęła malować od podstawy figury i sukcesywnie zmierzała ku górze. Jak wspomina, najtrudniejsze były oczy Matki Boskiej. – Nie byłam w stanie wytrzeć jej oczu. Zdałam sobie bowiem sprawę, że gałka oczna pozostała szefirowo-granatowa od samego początku. Ten kolor pozostał nienaruszony od co najmniej 1928 roku – opowiada. I dodaje: – Chciałam podmalować czarną źrenicę, którą ma średnicę zaledwie czterech milimetrów. To było dla mnie szczególnie ciężkie zadanie, bo to właśnie od źrenic zależy, gdzie Matka Boska się patrzy. Łzy ciekły mi po twarzy. Czułam, że dotykam czegoś ważnego, mam wpływ na figurę, która w tutejszej tradycji chroniła blok oficerski, pobliskie domy i ich mieszkańców przez wszystkie zawieruchy, z wojną włącznie.

Nowe życie w nowym pokoleniu

Malowanie zabrało konserwatorce trzy dni. Od rana do nocy. Derkacz-Gajewska: – Nanosiłam po 15-20 warstw, aby uzyskać właściwy efekt. Trudno byłoby mi zliczyć, ile razy rozcieńczałam farbę. Dla postronnego obserwatora różnica była niewielka, dla mnie – ogromna.

Sadybiańska artystka podsumowuje: – Cieszę się z efektu. Ale jeszcze bardziej z tego, że te małe dzieci, które kręciły się wokół figury przez te kilka dni renowacji zobaczyły tę figurę na nowo. Dostrzegły ją. Doceniły jej piękno i wartość. Ta rzeźba stojąca trochę na uboczu zaczyna nowe życie w nowym pokoleniu.

– Chciałabym móc konserwować tę figurę do końca swojego życia – kończy Derkacz-Gajewska.

Odnowioną figurę Matki Boskiej można podziwiać przez ogrodzenie w ogrodzie bloku oficerskiego na rogu Morszyńskiej i Okrężnej. W pracach przy renowacji kamiennej rzeźby uczestniczyli poza wspominaną artystką-plastyk m.in.: Cecylia Dudka, Aleksandra Karkowska, Olgierd Siewierski, Michał i Katarzyna Nowakowie oraz Nela Gajewska. Farby zapewnił sklep Benjamin Moore. Wszyscy pracowali przy tym projekcie społecznie.


Czytaj dalej

Filmowcy tarasują wąskie ulice na starej Sadybie

Filmowcy tarasują wąskie ulice na starej Sadybie

Stara Sadyba od lat stanowi ulubiony plan zdjęciowy wielu ekip telewizyjnych i filmowych. Zdaniem mieszkańców osiedla, obecność filmowców potrafi jednak mocno uprzykrzyć im życie. Jak sugeruje przykład incydentu sprzed kilku dni, straż miejska ma trudności z reagowaniem, bo sama nie zna przepisów regulujących takie sytuacje. 

– Ekipy filmowe nie dają nam wytchnienia, działają bez pozwoleń, bez zachowania dobrosąsiedzkich stosunków, łamiąc przepisy drogowe i zawłaszczając przestrzeń publiczną – skarży się Monika Krzemińska z zarządu osiedla Sadyba Park przy Pl. Rembowskiego 9a.

I przytacza przykład z 5 sierpnia.

Po godzinie 17 tej ekipa filmowa rozstawiła wozy, autokary na ulicy Okrężnej zajęli cały pas ruchu, a aktorka statystka przebrana za policjantkę kierowała ruchem pod prąd – pominę, że te sytuacje w ostatnich miesiącach są w tej okolicy na porządku dziennym. Po godzinie 19tej, dosłownie 100m dalej tej od strony ulicy Goczałkowickiej ekipa filmowa rozstawił tzw. camp – zamknęła prawie w całości przejazd, samochód karetka filmowa wjechała w klomb zieleni tarasując nie tylko przejazd, ale ograniczając do zera widoczność z wyjazdu naszego osiedla – na moją prośbę, żeby przestawili auto Pani z ekipy odpowiedziała, ze karetka przyjechał do chorego z osiedla, co oczywiście było nieprawdą. W ciągu 20 minut Goczałkowicką nie mógł przejechać samochód, ludzie nie mogli bezpiecznie przejść drogą. Dodatkowo ekipa zatarasowała w całości wejście do parku i dostęp do śmietników. Niebieski volkswagen też należy do ekipy stoi na środku drogi.

Ekipy filmowe od lat zawłaszczają sobie przestrzeń w pięknych, cichych miejscach, robią to łamiąc nie tylko przepisy drogowe, ale działają bez żadnych pozwoleń na rozstawianie campów w przestrzeni publicznej. Zagrażają nie tylko bezpieczeństwu, ale także śmiecą, hałasują do późna włączonymi generatorami. Na prośby o ułatwienie przejazdu lub zbieraniu po sobie śmieci w zasadzie w większości przypadków nie reagują.

Jak wynika z relacji pani Moniki, Straż Miejska nie potrafi się odnaleźć w sytuacji.

Straż Miejska wezwana wczoraj przeze mnie nie wiedziała nawet, jaki status ma droga, na której stoi camp. Panowie nie wiedzieli, jakie przepisy łamią filmowcy, nie chcieli przy mnie sprawdzić pozwoleń – to ja miałam wrażenie, ze muszę się tłumaczyć.  Pominę fakt, że nikt z ekipy filmowej nie miał założonej maseczki na twarz…….

Jakie są przepisy, które mają zastosowanie w takich sytuacjach? Jak częste są takie przypadki nieskutecznych interwencji na starej Sadybie? O odpowiedź spytamy Straż Miejską.

 


Czytaj dalej

Pamiętacie petycję o ratowanie Jeziorka Czerniakowskiego? Po roku dowiadujemy się, co zdecydował ratusz

Pamiętacie petycję o ratowanie Jeziorka Czerniakowskiego? Po roku dowiadujemy się, co zdecydował ratusz

Dokładnie rok temu w Internecie ukazała się petycja do prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego o ochronę Jeziorka Czerniakowskiego. W kilka tygodni podpisało się pod nią ponad 6 tysięcy warszawiaków, a sprawę nagłośniły media w całej Polsce. O to, co udało się osiągnąć od tego czasu, pytamy inicjatora petycji, który złożył pod nią pierwszy podpis – Jerzego Piaseckiego z Towarzystwa Miasto Ogród Sadyba.

Sprawa zaczęła się 17 lipca ubiegłego roku. Wtedy po ogólnopolskiej medialnej wrzawie wokół uchwalenia planu miejscowego dla okolic Jeziorka Czerniakowskiego ukazała się petycja. Towarzystwo Miasto Ogród Sadyba domagało się w niej, aby prezydent Warszawy powołał w stołecznym ratuszu zespół, który określi, jak uratować wysychający i dewastowany rezerwat. Do petycji wpisano konkretne sprawy, którymi miał się zająć zespół urzędników.

Choć o petycji zrobiło się głośno w lokalnych mediach, a liczba podpisów rosła w szybkim tempie, nic nie wskazywało, że apel sadybiańskich aktywistów czeka inny los niż wiele innych podobnych apeli internetowych. Przełom nastąpił we wrześniu ubiegłego roku. Zaproszone na lokalny wiec nad Jeziorkiem Czerniakowskim wysokiej rangi dyrektorki z ratusza przybyły na Sadybę i zadeklarowały publicznie, że chcą zrealizować postulaty społeczników. Przybyłych na kąpielisko Jeziorka kilkuset mieszkańców Sadyby poinformowały, że dzień wcześniej prezydent miasta zarządził powołanie zespołu ds. rezerwatu. Od tego momentu minęło blisko rok. Nikt – ani urzędnicy ani społecznicy z Sadyby – nie informował w tym czasie o postępach prac zespołu. Dziś – w pierwszą rocznicę ukazania się petycji – przerywamy to milczenie.

O to, co zdarzyło się w sprawie Jeziorka w ostatnich miesiącach, zapytaliśmy inicjatora petycji, Jerzego Piaseckiego, prezesa Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Miasto Ogród Sadyba. To jego pierwsza publiczna wypowiedź na ten temat.

 

W petycji postulowałeś, by powołać w ratuszu zespół roboczy. Kiedy to się stało, wszedłeś w jego skład jako stały przedstawiciel strony społecznej. Kto jeszcze znalazł się w zespole decydującym o przyszłości Jeziorka Czerniakowskiego?

Skład zespołu określało zarządzenie prezydenta. Pracom przewodniczyła dyrektor koordynator ds. zrównoważonego rozwoju i zieleni, Justyna Glusman. Poza nią w każdym spotkaniu brali udział dyrektorzy dwóch ważnych biur w stołecznym ratuszu – ochrony środowiska Grażyna Sienkiewicz oraz architektury i planowania przestrzennego Marlena Happach,

W zależności od tematu spotkania byli też zapraszani wysocy rangą przedstawiciele zarządu zieleni, centrum komunikacji społecznej oraz innych jednostek – policji, straży miejskiej, biura bezpieczeństwa, czy OSIR Mokotów.  Ze strony dzielnicy Mokotów w każdym spotkaniu zespołu uczestniczył zastępca burmistrza Jan Ozimek.  

Jeszcze przed powołaniem zespołu ustaliliśmy z urzędnikami, że na wszystkie spotkania będą zapraszani przedstawiciele Towarzystwa Miasto Ogród Sadyba.  Tak się stało. Poza mną w spotkaniach uczestniczy też architekt krajobrazu Katarzyna Molską. Między spotkaniami radzimy też się niezależnych ekspertów.

W sumie na spotkaniach pojawiało się od 14 do 25 osób.

Mówisz o spotkaniach. Ile ich było?

Niestety, tylko dwa – 4 grudnia 2019 i 30 stycznia br. Oba w Biurze Ochrony Środowiska, które znajduje się na 18 i 20 piętrze błękitnego wieżowca na Placu Bankowym. Dalsze spotkania zostały odwołane z powodu pandemii.

Zaangażowanie wielu ludzi daje nadzieję, że sprawom Jeziorka przyjrzano się kompleksowo. Czy przełożyło się to również na liczbę załatwionych postulatów?   

Raczej nie. Ale problem nie polega na tym, ile postulatów załatwi się w krótkim czasie. Ważna jest również kolejność – ważne, by zaczynać od postulatów systemowych, które definiują główne ryzyka i rozwiązania, a dopiero – jak zgodzimy się, co jest kluczowe – potem zajmować się postulatami punktowymi, szczegółowymi.

Niestety, zespół nie działa w sposób systemowy. Mimo kilkakrotnych próśb i nalegań strony społecznej wciąż nie pochylono się nad pierwszym celem zespołu – „ identyfikacja, analiza i monitorowanie zagrożeń dla rezerwatu przyrody Jeziorko Czerniakowskie”. Oczekuje się od nas, że to my będziemy zgłaszali bardzo konkretne problemy, a zespół się zastanowi, czy można im zaradzić. Tymczasem nie o to chodzi – chodzi o to, aby zespół działał zgodnie z bardzo dokładnie wypracowanymi celami, korzystając ze swoich wewnętrznych specjalistów, a Towarzystwo reprezentowało głos społeczny w tej dyskusji.

Zatem jakie punktowe postulaty udało się doprowadzić do poziomu urzędowej decyzji, a jeszcze lepiej do realizacji?

Najwięcej udało się osiągnąć w sprawie zasilania Jeziorka w wodę. Ten temat był przedmiotem burzliwej debaty. Choć wszyscy zgodzili się, że Jeziorko wysycha,  pojawiły się głosy, że doprowadzenie wody złej jakości może jeszcze pogorszyć jego stan, a stworzenie rozwiązania zapewniającego doprowadzenie wody specjalnie oczyszczonej może być bardzo kosztowane lub technicznie bardzo skomplikowane.  Przedstawiciel Biura Ochrony Środowiska podkreślił, że aktualnie mamy do czynienia z suszą hydrologiczną – opady na terenie Warszawy były mniejsze w 2019 niż w 2018.

Ostatecznie podjęto decyzję o zleceniu opracowania, które odpowie na pytanie, jaki jest najlepszy sposób zasilania Jeziorka wodą dobrej jakości. W tym w jaki sposób można wykorzystać wody opadowe i roztopowe, zbierane w nieckach retencyjnych, które mają powstać na terenie Łuku Siekierkowskiego (zgodnie z wymaganiami planu miejscowego dla Czerniakowa Południowego).

Dodatkowo opracowanie ma wziąć pod uwagę inne zagrożenia (np. zanieczyszczenia biogenami) i zapewnienie odpowiednich warunków dla zachowania fauny i flory.

Czy ta decyzja skutkowała rozpisaniem przetargu na przygotowanie opracowania?

Na spotkaniu 30 stycznia urzędnicy zapowiadali, że do połowy lutego zamierzają przygotować tzw. Opis Zamówienia Publicznego, w którym zostaną zdefiniowane zakres koncepcji i terminy jej realizacji. Ze względu na pandemię procedura została wstrzymana. Aż do tego tygodnia.

14 lipca dostałem emaila z Biura Architektury i Planowania Przestrzennego o tym, że Biuro to planuje ogłosić przetarg na „Koncepcję zagospodarowania i odprowadzenia wód opadowych i roztopowych Łuku Siekierkowskiego, ze szczególnym uwzględnieniem zasilania w wodę akwenu rezerwatu przyrody Jeziorko Czerniakowskie”. Jeśli się tak stanie, a ma się stać w najbliższych dniach, to będzie to konkretny krok w kierunku ratowania rezerwatu.

Widziałem założenia do tego przetargu. Szczegółowy dokument liczy 9 stron. Zapowiada się, że efekt będzie bardzo konkretny i praktyczny. I da podstawy dla konkretnych ruchów inwestycyjnych.

Jak długo będzie trzeba czekać na powstanie tego opracowania? 

Przypuszczam, że razem z przetargiem na wykonawcę, opracowanie będzie gotowe za rok-półtora.

Czyli jeszcze w tej samej kadencji obecnego zarządu miasta?

Tak sądzę.

Co jeszcze udało się zrobić w zespole?

Drugim bardzo ważnym punktem było bezpieczeństwo i zapobieganie dewastacji rezerwatu. To temat, który zgłosiliśmy i uważamy za strategicznie ważny.  Rezerwat podlega bowiem presji setek a nawet tysięcy mieszkańców dziennie (np. w weekendy letnie). Zależy nam na tym, aby korzystać z rezerwatu w sposób przemyślany (spacery, sport, regeneracja na łonie natury).

Niestety, część mieszkańców dewastuje infrastrukturę ścieżki edukacyjnej, pali ogniska i grille, doprowadzając do pożarów, oraz zaśmieca rezerwat. Często powodem tych niebezpiecznych działań jest spożywanie alkoholu. W ciągu ostatnich kilku lat dzięki współpracy Zarządu Zieleni m. st. Warszawy, OSiR Mokotów, policji, straży miejskiej i Towarzystwa Miasto Ogród Sadyba wprowadzono szereg działań mających rozwiązać przedstawione problemy.

Przypomnijmy, o jakich działaniach mówimy…

Dla Jeziorka założono tzw. kartę kontroli miejsca zagrożonego i na wniosek strony społecznej sfinansowano ponadnormatywne patrole służb. Na terenie plaży przy ul. Jeziornej 4 dla poniesienia bezpieczeństwa uruchomiono oświetlenie, zamontowano kamerę, którą podpięto do systemu miejskiego monitoringu. Dodatkowo pracownicy OSiR udzielali pouczeń odwiedzającym, którzy łamali regulamin kąpieliska. Od czerwca do września ubiegłego roku Strażnik Jeziorka Czerniakowskiego monitorował teren rezerwatu 24 godzin na dobę i obchodził Jeziorko co 3 godziny. W bardzo burzliwej dyskusji na spotkaniu zespołu analizowaliśmy i ocenialiśmy skuteczność wprowadzonych rozwiązań.

Jakie były wnioski?

W imieniu Towarzystwa potwierdziłem, że w wyniku mobilizacji jednostek miasta i współpracy z mieszkańcami bezpieczeństwo uległo poprawie.  Zwróciłem jednak uwagę na kilka słabych punktów wymagających dopracowania. Straż Miejska mimo zakazu palenia ognia nie interweniowała zdecydowanie przy paleniu ognisk i nie reagowała w ogóle przy paleniu grilli. Podczas weekendów kilkadziesiąt osób spożywało alkohol na plaży, a działania interwencyjne policji były bardzo ograniczone. Towarzystwo podało konkretny przykład, w którym w czerwcu 2019 na terenie OSiR był rozstawiony stolik, przy którym odbywała się impreza z wódką i muzyką, a przejeżdżający patrol policji nie zareagował. 

Co z tej dyskusji i ocen wynika na przyszłość?

Wspólnie – urzędnicy z Biura Bezpieczeństwa, policja, straż miejska, OSiR Mokotów, Zarząd Zieleni, urząd dzielnicy Mokotów i Towarzystwo Miasto Ogród Sadyba – ustaliliśmy plan działania na rok 2020. Uznaliśmy, że należy kontynuować patrole służb miejskich, ze szczególnym nasileniem w miesiącach letnich. W tym celu Biuro Bezpieczeństwa zarezerwowało odpowiednie środki na ponadnormatywne patrole.

Uzgodniliśmy też, że należy przygotować regulamin rezerwatu Jeziorko Czerniakowskie, uwzględniający zakaz rozpalania grilli. Towarzystwo dodatkowo postulowało o zorganizowanie dodatkowego spotkania OSiR, Zarządu Zieleni, policji, straży miejskiej i Towarzystwa w celu ustalenia planu skoordynowanego działania.

Co jeszcze ustalono na spotkaniach zespołu roboczego w ratuszu?

Z konkretów to by było na tyle. Kilka spraw jest wciąż w toku. 

Co to są za sprawy?

Rozmawialiśmy m.in. o planie miejscowym dla Czerniakowa Południowego, który wzbudził tak duży protest społeczny w poprzednie wakacje. Interesował nas stan prawny tego dokumentu i jego konsekwencje dla zabudowy na tym terenie. Przypomnę, że plan miejscowy został uchylony przez Wojewodę i sprawa jest w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym. 12 marca br. miała odbyć się rozprawa. Na razie nie wiemy, czy do niej doszło i jakie są jej efekty. Dla nas ważne jest szczególnie, czy są wydane lub planuje się wydanie jakiegokolwiek pozwolenia na budowę na terenie objętym planem, przed powstaniem niecek retencyjnych. 

Poruszaliśmy również temat uruchomienia prac nad planem miejscowym dla Jeziorka Czerniakowskiego oraz przygotowania wspomnianego wcześniej Regulaminu Rezerwatu Jeziorko Czerniakowskie. Na drugim spotkaniu zespołu, 30 stycznia br. padło zapewnienie Zarządu Zieleni m.st. Warszawy, że do końca roku będzie opracowany stosowny regulamin dla rezerwatu.

Mówiliśmy wreszcie odziałaniach ochronnych i pielęgnacyjnych. Chcielibyśmy wiedzieć dokładnie, jakie działania ochronne i pielęgnacyjne były i będą podjęte przez Zarząd Zieleni m.st. Warszawy w roku 2020. Oraz czy i jakie działania zostaną wykonane z zaległego budżetu partycypacyjnego.

Jak mówiłem, te wszystkie tematy są jeszcze w trakcie dyskusji.

Jakie działania wspominane w waszej petycji z 17 lipca 2019 mają – według Ciebie – szansę na realizację w ciągu roku od powołania zespołu, tj. do września 2020?

Tylko jedno działanie, notabene odwlekane latami – rozstrzygnięcie przetargu i rozpoczęcie prac  nad koncepcją,  która odpowie na pytanie, w. jaki sposób zaopatrzyć Jeziorko w wodę dobrej jakości. Jest to możliwe, ale wymagałoby determinacji i zaangażowania ze strony Biura Architektury i Planowania Przestrzennego.

Największy postulat związany z zasilaniem Jeziorka Czerniakowskiego w wodę faktycznie zmierza ku rozwiązaniu, ale liczba spraw czekających na rozwiązanie jest wciąż długa. Jak oceniasz postęp prac zespołu roboczego?

Powiem szczerze, że oczekiwałem o wiele więcej – w zespole są najważniejsi urzędnicy w mieście. Zespół ma duży potencjał, którego nie wykorzystuje, a powinien mieć duże możliwości, bo ma poparcie Prezydenta. Faktem jest, że dyskutując problem po problemie można znaleźć pewne rozwiązania i nawet wdrożyć je, ale nie od tego powinien być zespół.

Moim zdaniem, zespół powinien widzieć rezerwat Jeziorko Czerniakowskie jako coś unikalnego do ochrony – coś, co można udostępnić społeczeństwu w sposób przemyślany i co może służyć edukacji ekologicznej, tak cennej w 21. wieku. Zespół powinien konsekwentnie realizować postawione przed nim cele, szukać rozwiązań systemowych i określać kierunki działań. Mam nadzieję, że do tego dojdziemy – skuteczność zależy nie od zespołu jako sztucznego tworu, ale od konkretnych ludzi i ich zaangażowania. Na razie takie zaangażowanie iskuteczność dostrzegam w Biurze Architektury i Planowania Przestrzennego.

Co z Twojej perspektywy stanowi największą trudność w dojściu do decyzji i realizacji w zespole roboczym?

Mimo dobrej woli dyrektorów biur miasta bardzo trudno jest o dojście do konkretnych decyzji, a potem do ich skutecznej realizacji. Bardzo rzadko się zdarza, że urzędnik przedstawi konkretny termin realizacji zadania. Wydaje mi się, że powody są dwa: raz, jest to dodatkowy temat, a pracy jest dużo, dwa – każda decyzja rodzi pośrednio konsekwencje w postaci wydatków finansowych, a środki są  teraz mocno ograniczone. Aby osiągnąć sukces potrzebna jest konsekwencja i determinacja strony społecznej.

Na koniec musimy zapytać, dlaczego mieszkańcy Sadyby i generalnie warszawiacy nie są informowani o postępach prac zespołu roboczego? Zgodnie z pierwotnymi zapowiedziami, informacje o efektach prac miały być okresowo podawane do publicznej wiadomości. Tymczasem zaraz minie rok od powołania zespołu i cisza trwa.

Bardzo dobre pytanie, które należy zadać pani Justynie Glusman – przewodniczącej zespołu. Towarzystwo domagało się, aby postęp prac zespołu był podawany do publicznej wiadomości co pół roku, czyli – pierwszy raz pod koniec marca br. Kilkakrotnie wystąpiliśmy do zespołu, aby przygotował podsumowanie swoich działań (my ich nie znamy, bo po podjęciu decyzji na spotkaniu, dalsze prace toczą się w biurach i nie znamy efektów) i wspólne wystąpienie z pozytywnym komunikatem  publicznym. Odpowiedzi się nie doczekaliśmy.


Czytaj dalej

Sadybianie od podszewki: Aleksandra Karkowska

Sadybianie od podszewki: Aleksandra Karkowska

W drugim odcinku cyklu „Sadybianie od podszewki” rozmawiamy z jedną z najbardziej aktywnych mieszkanek starej Sadyby, Aleksandrą Karkowską. O starych zwyczajach, które przetrwały na Sadybie, o tym, co by zmieniła na swoim osiedlu i dlaczego wychodząc po bułki wraca najwcześniej za pół godziny.

Aleksandra Karkowska od kilku lat nie schodzi z podium naszego dorocznego plebiscytu na najaktywniejszych mieszkańców starej Sadyby. Rok temu była druga, w tym roku zajęła trzecie miejsce.

Znana jest przede wszystkim z animowania wydarzeń i koordynacji trzydniowego festiwalu Otwarte Ogrody Sadyba. W ubiegłym roku odpowiadała m.in. za organizację potańcówki w stylu retro, koncertu sąsiedzkiego zespołu „Sadyba Śpiewa”, koncertu Michała Przerwy-Tetmajera, oraz spotkań z: fotografem Tadeuszem Rolke, pisarką Agnieszką Taborską i dziennikarką Małgorzatą Piekarską. Zorganizowała również kilka dużych wydarzeń: 2. oficerski bal sadybiański (luty 2020), wykład licealistów o zmianach klimatu (luty 2020), cykl czterech jesiennych spotkań historycznych (w tym spaceru „Sadyba to też bloki”) (listopad 2019), spacer historyczny po Forcie IX i Parku Szczubełka, wykład historyczny Marii Sołtys pt. „Miasto-ogród – sposób na życie. Utracony czy zapomniany?” (listopad 2019). Sporo wydarzeń jak na jedną osobę, która poza Sadybą realizuje jeszcze inne pasje – podróże i pisanie książek.

Rozmowę z Aleksandrą Karkowską przeprowadziła Ida Kożuchowska, autorka cyklu wywiadów „Sadybianie od podszewki”.

 

Jest Pani jedną z najbardziej rozpoznawalnych i lubianych Sadybianek. Jak znalazła się Pani w gronie aktywistów sadybiańskich?

Aleksandra Karkowska: Na Sadybę sprowadziłam się w 2002 roku, do mieszkania w bloku oficerskim. Ponieważ oboje z mężem pracowaliśmy wtedy w korporacjach z dużą ilością nadgodzin, szukaliśmy miejsca, które będzie oddalone od głośnych ulic, nie na parterze, z garażem podziemnym i po pełnym remoncie. Mieszkanie, które zastaliśmy na Sadybie, nie spełniało żadnego z tych warunków. Natomiast my zakochaliśmy się w nim momentalnie. Od razu wiedzieliśmy, że to tu chcemy zamieszkać.

Jeśli chodzi natomiast o Towarzystwo Miasto Ogród Sadyba, to początkowo obserwowałam działania stowarzyszenia przez pryzmat festiwalu Otwarte Ogrody. Wszystko zaczęło się tak naprawdę od ulotki przedstawiającej wydarzenie, która trafiła do mojej skrzynki. Chętnie brałam udział w festiwalu, zgłaszając się do pomocy przy jego organizacji. Dokładnie 7 lat temu zaproponowano mi współorganizację kolejnej edycji Otwartych Ogrodów. I tak zaczęła się moja przygoda z Towarzystwem.

Festiwal Otwarte Ogrody rozwija się pod Pani okiem od kilku lat. Proszę opowiedzieć, co wyróżnia to wydarzenie i dlaczego jest ono ważne dla mieszkańców Sadyby?

Festiwal to przede wszystkim wielkie święto sadybiańskie. Przez ostatnie 13 lat uświadomiliśmy sobie, jak ważna dla mieszkańców i przyjaciół Sadyby jest integracja zarówno społeczna jak i z miejscem, w którym żyjemy. Obserwuję coraz większe zaangażowanie w sprawy lokalne osób mieszkających tu od dawna, jak i osób, które dopiero odkrywają nasze wyjątkowe osiedle.

Podczas Otwartych Ogrodów dużo jest wykładów czy spacerów historyczno-poznawczych, lecz ogromną popularnością cieszą się imprezy, na których spotykają się wszyscy sąsiedzi. Myślę, że nikt nie wyobraża sobie dzisiaj festiwalu bez potańcówki retro czy pchlego targu. Atmosfera podczas Otwartych Ogrodów jest niezwykła, ponieważ Sadybianki i Sadybianie stają się na te 3 dni jedną wielką rodziną. Czerwcowy festiwal jest jednym z najważniejszych wydarzeń społeczno-kulturalnych na Sadybie, ale staramy się również rozszerzać te działania na edycję jesienną (Babie Lato) czy bale oficerskie, żeby okazji do integracji między mieszkańcami było jak najwięcej.

Organizacja tego typu wydarzeń to miesiące przygotowań. Co sprawia, że kontynuuje Pani swoje działania z takim zaangażowaniem? Co cieszy najbardziej, kiedy działa Pani na rzecz Sadyby?

Największą frajdę sprawia mi właśnie ta integracja społeczna. Gdy opowiadam znajomym o moich kontaktach z sąsiadami, to spotykam się zwykle z dużym zaskoczeniem – osoby żyjące, tak jak ja, w bloku, zwykle nie znają innych mieszkańców lepiej niż tylko z widzenia. Natomiast, kiedy na naszej Sadybie wychodzę rano do sklepu po przysłowiowe „bułki”, to moja rodzina zawsze śmieje się, że wrócę najwcześniej za pół godziny. W kolejce spotykam kilku sąsiadów i jak zwykle z kimś się zagadam.

Gdy byłam dzieckiem, pamiętam, że wyjeżdżając zostawialiśmy sąsiadom klucze, by podlali kwiaty – coś niespotykanego w obecnych czasach. Na Sadybie wszystko zostało jednak po staremu i ten zwyczaj dalej funkcjonuje. Bardzo cieszy mnie, gdy widzę, jak nawiązują się takie, często międzypokoleniowe, sąsiedzkie relacje.

Gdyby Pani mogła zmienić jedną rzecz na Sadybie, cóż takiego by to było?

Nalałabym wody do fosy. Już mówię dlaczego. Gdy zbierałam materiały do książki o historiach z Sadyby mieszkańcy niejednokrotnie wspominali dawne czasy, gdy zimą jeździli na łyżwach, na zamarzniętej fosie. Tatusiowie czyścili i wygładzali taflę lodu, rozwieszali lampki i puszczali muzykę z adaptera na płyty. Kilka lat temu, kiedy zimy jeszcze na to pozwalały, my zaczęliśmy robić to samo. Starsze Panie z bloku przynosiły nam świeczki, lampki, żarówki – uśmiechnięte zachęcały nas do ich ulubionych zabaw z dzieciństwa. Okazało się, że te kilkadziesiąt lat nie stanowi żadnej bariery i te same tradycje dalej cieszą.

Czy są obecnie jakieś plany na przyszłe projekty?

Moja głowa jest pełna pomysłów, na które niestety nie zawsze starczy czasu, sił czy środków. Bardzo chciałabym na przykład upamiętnić zasługi osób, które prowadziły tajną drukarnię na Morszyńskiej czy 17 oficerów z Sadyby, którzy zginęli w Katyniu. Za 2 lata zbliża się 100. rocznica powstania Spółdzielni Budowlano-Mieszkaniowej Sadyba, dlatego mam nadzieję, że uda nam się również zorganizować obchody tego święta. Jednym z pomysłów jest też dokończenie filmu reżyserii Marcina Giżyckiego, który w swoim materiale umieścił wywiady z najstarszymi mieszkańcami Sadyby. Warto byłoby zachować wiedzę, doświadczenia czy wspomnienia innych osób, póki są jeszcze z nami.

Sama robi Pani wiele, by zachować doświadczenia tych osób. Jest Pani m.in. współautorką książki „Banany z cukru pudru”, w której zebrała Pani wspomnienia mieszkańców Sadyby z lat ich młodości. Co najbardziej utkwiło Pani w pamięci z czasów pracy nad tym projektem?

Gdy razem z Basią Caillot zaczęłyśmy pracować nad książką „Banany z cukru pudru”, zależało nam, żeby trafić do osób, które wychowały się właśnie tutaj, na Sadybie. Wśród ponad dwudziestu osób, znalazłyśmy panią Birutę, która do 1944 roku żyła na ulicy Godebskiego. Natomiast my poznałyśmy ją jako mieszkankę ulicy Żegiestowskiej, która przez ponad 70 lat nie miała odwagi wejść do mieszkania, z którego wyszła jako kilkuletnia dziewczynka. Wspólnie zdecydowałyśmy się tam wybrać. Udało się nam dotrzeć do obecnych mieszkańców i wejść do jej dawnego mieszkania. To było bardzo wzruszające spotkanie – pani Biruta zabrała ze sobą misia, którym się bawiła w 1944 oraz albumy zdjęć zrobionych w tym mieszkaniu. Na długo zapamiętam to zdarzenie.

A jak wygląda Pani życie poza Sadybą? Jak lubi Pani spędzać swój wolny czas? Jakie są Pani zainteresowania?

Podróże. Dalekie, ale również te bliskie. Podróżując odkrywam, że często tuż za rogiem znajdują się niesamowite miejsca. A najbardziej interesują mnie ludzie – jak wygląda ich życie codzienne, czym się zajmują. Od dziecka to lubiłam. Pamiętam rozmowy z moją babcią. W szkole uczyłam się o II wojnie światowej z książek i podręczników, ale mi do głowy przychodziły inne pytania: „Babciu, jak wyglądał wtedy twój dzień? Jak wyglądało życie podczas tych wszystkich zagrożeń, kiedy nie mieliście co jeść?”.

Właśnie poprzez podróże mogę poznawać historię mówioną, z różnych zakątków Polski i świata. Stąd moja prośba, rozmawiajmy z najstarszymi, łączmy pokolenia!


Czytaj dalej

30 lat temu Jeziorko Czerniakowskie stanęło w ogniu

30 lat temu Jeziorko Czerniakowskie stanęło w ogniu

Równo 30 lat temu Sadyba przeżyła swój największy pożar w historii – w płomieniach stanęła drewniana stanica na Jeziorku Czerniakowskim

Drewniana, kryta słomą, stanica na palach była od wojny charakterystycznym punktem Jeziorka Czerniakowskiego. Tu w latach 40. i 50. działała wylęgarnia szlachetnych gatunków ryb Ośrodka Zarybieniowego – Czerniaków. Po 1956 roku, kiedy ośrodek przeniósł się do Dawid pod Warszawą, domek przejęło ognisko Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej z siedzibą na Jodłowej. Na drewnianym podeście domku opalali się lokalni mieszkańcy, stamtąd do wody skakała młodzież. Więcej o historii domu na palach pisaliśmy w sierpniu 2014 roku ( http://sadyba24.pl/jcontentxmipsum-potenti-leo-malesuada-amet-sociis-nascetur-variusxm/item/593-jak-to-sadybia%C5%84ska-m%C5%82odzie%C5%BC-si%C4%99-drzewiej-bawi%C5%82a-%E2%80%93-wspomnienia-o-drewnianym-domku-na-palach).

Do dziś w pamięci mieszkańców Sadyby najmocniej zapisał się nie tyle ośrodek zarybieniowy, co pożar stanicy. Wielu mieszkańców osiedla z tego okresu pamięta to wydarzenie, ale nie potrafi przywołać szczegółów. My natrafiliśmy na jednego z naocznych świadków pożaru. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że to właśnie dziś mija 30 lat od tamtych tragicznych chwil. O pożarze z 23 czerwca 1990 roku opowiada Mariusz Wieczorek.

Jak to było – opowieść świadka

Była sobota, 23 czerwca 1990 roku. O godz. 22.15 zauważyłem z bratem z dziewiątego pietra budynku przy Konstancińskiej jasną łunę pożaru w okolicy Jeziorka. Po 15 min. byliśmy na miejscu. Okazało się, że płonie budynek stanicy wodnej po drugiej stronie.

Żar był tak duży, że było go czuć po naszej stronie wody. Straż pożarna już była na miejscu, ale ze względów bezpieczeństwa nie puszczali nikogo w pobliże. Wśród kilkudziesięciu zgromadzonych osób (między innymi pracowników stajni) dowiedziałem się, że było to podpalenie i to kolejne. Dwa tygodnie wcześniej podpalono jedną z altanek na działkach, a tydzień później kolejną.

Po godzinie gaszenia wciąż pożar był ogromny, ponieważ budynek był drewniany. Dach, pokryty eternitem, już się zawalił, jednak reszta płonęła. Kiedy ok. 23.45 wracałem do domu, z okien wciąż było widać łunę.

Na drugi dzień, czyli 24 czerwca, poszliśmy ponownie. Zastaliśmy już tylko dogaszone zgliszcza. Z informacji od świadków dowiedziałem się, że złapano podpalacza, który przyznał się do tego i dwóch innych podpaleń. Dalszej jego historii nie znam. Osób nie było wewnątrz, ponieważ wypożyczano wtedy łodzie za dnia, a i wędkarzy również już nie było. Nie wiem, jak szybko posprzątano pozostałości zgliszczy – zaczynał się sezon urlopowy i nie było mnie na miejscu przez kolejne półtora miesiąca.


Czytaj dalej

Pawilon parkowy na Sadybie miał być gotowy w ubiegłym roku. Co się z nim dzieje?

Pawilon parkowy na Sadybie miał być gotowy w ubiegłym roku. Co się z nim dzieje?

Zwycięski projekt budżetu obywatelskiego na Sadybie notuje już półroczny poślizg. Urzędnicy nie potrafią powiedzieć, kiedy ostatecznie trafi do realizacji.

W lipcu 2018 roku stołeczny ratusz ogłosił, że jednym z projektów, które zwyciężyły w budżecie obywatelskim Warszawy jest „Międzypokoleniowe Miejsce Spotkań – Sąsiedzki Pawilon Parkowy na Skwerze Ormiańskim”, autorstwa Katarzyny Molskiej. Zgodnie z zasadami, projekt miał być zrealizowany w 2019 roku. Pół roku po terminie, pawilonu nadal nie ma. Postanowiliśmy sprawdzić, co się dzieje z obiektem, który miał być pierwszym miejscem aktywności społecznej na starej Sadybie.

Wspaniałe początki

W zamyśle autorki, pawilon parkowy na Sadybie miał służyć jako lokal integracyjny dla okolicznych mieszkańców. W opisie projektu czytamy, że w obiekcie „każdy może spotkać się ze znajomymi i poznać nieznajomych, wypić kawę, pograć w gry towarzyskie, przedstawić własne dokonania, zorganizować wystawę, odczyt, prezentację, wziąć udział w bezpłatnej imprezie sąsiedzkiej.”

Pozytywna, otwarta wizja autorki zachwyciła urzędników. – Na początku panował wielki entuzjazm i dobra wola wszystkich zaangażowanych stron – wspomina Grzegorz Mizieliński, architekt, który wygrał przetarg na wykonanie dokumentacji projektowej.

Szybkie tempo prac wydaje się potwierdzać tą tezę. Jak czytamy na stronie budżetu obywatelskiego, Zarząd Zieleni Warszawy, odpowiedzialny za realizację projektu, zawarł umowę z Mizielińskim w lutym 2019 roku. To samo źródło podaje, że już w kwietniu tego samego roku urząd odebrał od architekta projekt architektoniczno-budowlany. Jeszcze 25 kwietnia 2019 miejscy ogrodnicy złożyli do urzędu dzielnicy Mokotów formalny wniosek o pozwolenie na budowę (został on pozytywnie rozpatrzony 29 października 2019).

Projekt spowalnia

Oczekując na pozytywną decyzję o pozwoleniu na budowę, w maju 2019 projektant przystąpił do drugiego etapu prac. Jego zadaniem było uszczegółowienie z zasady ogólnego projektu budowlanego. Chodziło o to, by przyszły wykonawca wyłoniony w przetargu dokładnie wiedział, jak ma zrealizować pomysł autorki – na przykład jakich i ile materiałów użyć.

I tu zaczynają się schody. Z powodu nieprzewidzianych problemów, tempo prac siada. Zarząd Zieleni tłumaczy: – Z uwagi na trudności w uzyskaniu dla projektowanego pawilonu warunków technicznych zasilania w wodę na cele przeciwpożarowe nastąpiło opóźnienie w wykonaniu dokumentacji. Konieczne było uzyskanie odstępstwa od warunków technicznych i wymagań ochrony przeciwpożarowej do Wojewódzkiego Komendanta Straży Pożarnej. Do uzyskania tego odstępstwa niezbędne było wykonanie dodatkowej ekspertyzy przeciwpożarowej.

Trochę inaczej widzi powody opóźnienia projektant. – Na początku prac przy projekcie wykonawczym Zarząd Zieleni zgłosił nam dużo uwag. Pytał, dlaczego nie ma jednych elementów i czy można wprowadzić inne, o których wcześniej, na etapie wykonywania projektu budowlanego, nie wspominał. W efekcie, czas przygotowania projektu wykonawczego się wydłużył – mówi Mizieliński.

…i puchnie

Stopniowe dozbrajanie projektu przez zarząd zieleni wpłynęło też na znaczne zwiększenie kosztu pawilonu. O ile? Mizieliński nie podaje kwoty, ale szacuje, że o ok. 35-40%. Pierwotna wycena projektu wynosiła 418,500 złotych, nieplanowana nadwyżka to – jak wynika z naszych wyliczeń – ponad 160 tysięcy.

Projektant nie podaje zaktualizowanej wartości, ale zachęca, aby oceniać ją w kontekście wszystkich prac, składających się na łączny koszt. – Pawilon na Skwerze Ormiańskim nie jest standardowym obiektem kontenerowym, który powstałby w środku miasta. To nie tylko obiekt architektoniczny o podwyższonym standardzie, ale też zieleń, podesty, podjazdy, zagłębienie w terenie, infrastruktura. Sam pomysł jest zatem już na wstępie droższy od standardowych rozwiązań. A w naszym przypadku doszły jeszcze dodatkowe koszty związane ze zmianami od zleceniodawcy oraz znacznym wzrostem cen materiałów i robocizny między 2018 rokiem, kiedy przegłosowano pomysł, a końcem 2019 roku, kiedy powstał zaktualizowany kosztorys.

Ostatnia wersja kosztorysu trafiła do Zarządu Zieleni w styczniu 2020 roku.

Architekt proponuje odchudzić projekt

Stołeczni ogrodnicy nie byli przygotowani na wzrost kosztów pawilonu o 40%. W stołecznym ratuszu takie przypadki zdarzają się jednak na porządku dziennym. Większość opóźnionych projektów budżetu obywatelskiego w Warszawie spotyka się z dużym skokiem cen, potrzebą aktualizacji kosztorysu i koniecznością szukania dodatkowych środków.

Projektant, świadomy znacznego podrożenia projektu, zaproponował urzędnikom rozwiązanie. – Chcieliśmy zoptymalizować składowe kosztorysu, aby obniżyć łączny koszt – mówi Mizieliński. Myśleliśmy o tańszych rodzajach materiałów wykończeniowych, czy nawet o niezrealizowaniu 100% przyjętego planu, mając nadzieję, że brakujące wyposażenie będzie można wykonać w kolejnym roku, z innych środków. Istniała też szansa, by wykonać toaletę w pawilonie ze środków, które Zarząd Zieleni miał zarezerwowane na kosztowną automatyczną toaletę miejską na Skwerze Ormiańskim.

O chęci pracy nad optymalizacją projektu projektant rozmawiał z pracownikami Zarządu Zieleni w lutym 2020. Urzędnicy nie skorzystali jednak z propozycji. Jak twierdzi Mizieliński, to był ostatni kontakt między obu stronami.

Zarząd Zieleni woli szukać dodatkowych środków

Co się działo z projektem pawilonu na Sadybie od lutego do końca czerwca 2020 nie wiadomo. Według aktualizacji na stronie budżetu obywatelskiego z 15 czerwca 2020, wykonawca nadal opracowuje projekt wykonawczy dla obiektu („od maja”). W tym samym miejscu czytamy, że „ZZW (Zarząd Zieleni – przyp. red.) dysponuje kosztorysem inwestorskim wykonany(m) na podstawie zaakceptowanego przez Wydział Architektury Urzędu Dzielnicy Mokotów”.

Rzecznik Zarządu Zieleni Anna Stopińska tłumaczy, że projekt wciąż czeka na decyzję o dofinansowaniu. Jako powód opóźnienia podaje trudną sytuację miasta spowodowaną pandemią. – Trwający stan epidemii w związku z zakażeniami wirusem SARS-CoV2 skutkuje powszechnie trudną sytuacją ekonomiczno-gospodarczą – mówi Stopińska. I dodaje: – W konsekwencji zachodzi konieczność ustalenia priorytetów inwestycyjnych m.st. Warszawy przy jednoczesnym wprowadzeniu niezbędnych ograniczeń budżetowych w miejskich jednostkach. W świetle powyższego budowa Pawilonu na Skwerze Ormiańskim, w związku z niedoszacowaniem faktycznych kosztów jej realizacji, wymaga decyzji w zakresie możliwości zabezpieczenia właściwego finansowania, a w konsekwencji realizacji.

Tłumaczenie Zarządu Zieleni nie wyjaśnia, czy urzędnicy podjęli jakiekolwiek działania, by znaleźć potrzebne środki albo odchudzić projekt. Niejasna jest szczególnie aktywność urzędu w pierwszym kwartale tego roku. Trudno bowiem składać opóźnienie na karb pandemii, skoro ta ogłoszona została 20 marca 2020, a o wzroście kosztów projektu urzędnicy wiedzieli już co najmniej od stycznia tego samego roku.

O to, czy podejmowane są jakiekolwiek działania, by rozwiązać problem droższego projektu, zapytaliśmy Zarząd Zieleni. Do momentu publikacji nie uzyskaliśmy odpowiedzi. Kiedy ją otrzymamy, zamieścimy ją w aktualizacji artykułu.

Podobnie czekamy na odpowiedź stołecznego ratusza na pytanie, kiedy można się spodziewać jego decyzji w sprawie zabezpieczenia finansowania i skierowania projektu do realizacji. Jak wynika z oświadczenia Zarządu Zieleni, to od tej decyzji zależy dziś dalszy los pawilonu parkowego na Skwerze Ormiańskim.


Czytaj dalej