Chciałabym być niewidzialnym ptakiem

Chciałabym być niewidzialnym ptakiem

Mówi o sobie „dyżurna staruszka”. Kilka lat temu na lokalnym festiwalu ogłoszono ją Sadybianką Roku. 87-latka z niespożytą energią opowiada nam, skąd się wzięła i dlaczego mimo gorszego zdrowia wciąż czuje się dobrze mieszkając na Sadybie. A my próbujemy dociec, co sprawia, że obserwuje ją na Facebooku kilkadziesiąt sąsiadek w wieku jej córki i kolejne pół tysiąca znajomych.

Umawiamy się w jej mieszkaniu, na wschodniej Sadybie. Otwiera uśmiechnięta, zaprasza do salonu. Porusza się wolno, przytrzymuje się ścian, widać, że ruch sprawia jej trudność. W tle słychać głośne dźwięki telewizji dochodzące z sąsiedniego pokoju. Telewizja gra, bo dziś akurat dzieje się coś ważnego – przez Warszawę przechodzi manifestacja. – Jeszcze spokojnie – komentuje gospodyni. Mimo widocznego podekscytowania, pani Iza wyłącza telewizor. Nie mam wątpliwości, że kiedy wyjdę, telewizor wróci do łask. – Wieczorem jeszcze będzie Szkło kontaktowe – rzuca niejako na potwierdzenie.

– Przyjechali. Ona – piękna dziewczyna – Izabela wspomina wczorajsze spotkanie. Wczoraj odwiedził ją prawnuk, po raz pierwszy z narzeczoną. Z daleka, z Zamościa. Czasem życie samotnej wdowy urozmaici ktoś z rodziny lub znajomych, kto wpadnie z umówioną wizytą. Jutro Iza sama idzie z wizytą – piętro wyżej, do sąsiadów. – Kuba ma jutro urodziny. Muszę upiec jego ulubione ciasto – mówi. Choć nieco kręci się jej w głowie i drżą dłonie, nie rezygnuje z pieczenia. – Nie mogę ich zawieść – komentuje.

Jaśnie panienka

Izabela Płatkowska urodziła się w 1931 roku na południu Polski, nad Bugiem, blisko obecnej granicy z Ukrainą. Do dwunastego roku życia wychowywała się na wsi, w 800-hektarowym majątku. Do dziś pamięta piękny duży ogród, lokaja Jana, służbę, kobiety pracujące boso w błocie. I jeszcze 32 konie fornalskie. Do tego cztery konie do powozu, jeden mamy pod siodło i mały, który należał do niej. Jej ciało wciąż pamięta silny zapach koni i dotyk ulubionych drzew w ogrodzie.

Mama Izabeli – Szwajcarka – poznała tatę w ośrodku leczniczym w Davos. Ona tam pracowała, on przyjechał na kurację. Zainspirowana życiem w prawdziwym pałacu, ożeniła się i wyjechała za mężem do Polski.

Szwajcaria przewija się w życiu Izabeli do dziś. Jeszcze do niedawna regularnie odwiedzała swoją siostrę, która tam mieszka. Mimo beztroskiego dzieciństwa w pałacu ze służbą, Szwajcaria nie jest jednak dla Izabeli synonimem bogactwa i szczęścia. We wrześniu 1939 udało jej się uciec z majątku wraz z rodzicami. Uciekała przed bolszewikami. Bryczką, końmi, nocą, po bitwie, przez lasy. Byle dalej na Zachód.  Do końca życia nie zapomni pola bitwy z martwymi napuchniętymi końmi, o nogach sterczących ku niebu. Po kilku tygodniach, gdy bolszewicy cofnęli się za Bug, wróciła do domu, z którego nic nie zostało. W małej przybudówce mieszkała z rodzicami do 1943 roku, gdy znów musiała uciekać, tym razem przed bandami UPA, do krewnych w Szczawnicy. Jesienią 1944 Niemcy wywieźli ją na przymusowe roboty.

Wraz z końcem wojny w 1945 pani Iza wyjechała do rodziny w Szwajcarii. Świat nie zmienił się jednak dla niej radykalnie. Starsza siostra matki, która dobrze wyszła za mąż, wysłała 14-letnią dziewczynę do szkoły z internatem. Surowy wychów bardzo dał się nastolatce we znaki. Nie widziała żadnych atrakcji poza szkołą. W żeńskiej szkole nie było też chłopców, ani okazji do tego, by ich choćby zobaczyć. Nie mogła jednak narzekać. Kształciła się w dobrej wysokopłatnej szkole, nie musiała od razu iść do pracy. Po pierwszej szkole prowadzonej przez siostry zakonne była następna. Też w Szwajcarii i też zamknięta.

Wraz z końcem wojny w maju 1945, po wyzwoleniu przez Francuzów, Izabela z mamą i urodzoną w Niemczech siostrą dostały się do rodziny w Szwajcarii. Ojciec pozostał w Niemczech, gdyż okupacyjne władze francuskie zleciły mu zorganizowanie i prowadzenie służb specjalnych opieki nad byłymi więźniami i robotnikami przymusowymi. W Szwajcarii mamę wraz z córkami przygarnęła starsza siostra matki z mężem, bezdzietni, zamożni.

Ciotka wysłała 14-letnią dziewczynę do szkoły z internatem. Surowy wychów bardzo dał się nastolatce we znaki. Nie widziała żadnych atrakcji poza szkołą. W żeńskiej szkole nie było też chłopców, ani okazji do tego, by ich choćby zobaczyć. Nie mogła jednak narzekać. Kształciła się w dobrej szkole. Po pierwszej szkole prowadzonej przez siostry zakonne była następna. Też w Szwajcarii i też zamknięta. W tej drugiej zdała maturę. 

Ptak w czapce niewidce

– Dziś byłam we Włoszech – przerywa opowieść, obwieszczając zagadkowo. I zaraz dodaje – W Perugggi mszę odprawiał wspaniały ksiądz. Mówił spokojnie, prosto, ciepło. W Peruggi miałam studiować jako młoda dziewczyna prosto po szkole z internatem, na rok chciała mnie tam wysłać starsza siostra mojej mamy. Ale wybrałam pracę au pair w Anglii. Nie chciałam ciągle być wdzięczna cioci. Taki bunt nastolatki! Teraz trochę żałuję. Trzeba było ciocię naciągnąć. Ale to dawno było. Dziś zostają mi tylko cotygodniowe wizyty we Włoszech – mówi pani Iza. – Przed telewizorem w RAI – wyjaśnia.

Włochy były dla Izy szansą, ale to Anglia ją zmieniła. Wróciła stamtąd odmieniona. – Chciałam wreszcie sama o sobie decydować. Nie być już zależna od bogatej ciotki.

W Szwajcarii, jako cudzoziemka, mogła dostać pozwolenie tylko na pracę fizyczną. Była więc salową w szpitalu, sprzątaczką w biurach…. Któregoś razu w Tygodniku Powszechnym, który przesyłali krewni z Polski, przeczytała pamiętne słowa. Antoni Gołubiew pisał, że Polska leży nad Wisłą i że nad Wisłą trzeba dla Polski pracować. W 1956 pojechała więc do Polski na dwa miesiące z  wizytą do krewnych. Zamieszkała w wynajętym pokoiku na Krakowskim Przedmieściu u dziennikarki Ekspresu Wieczornego.  (Do swoich stron rodzinnych nie mogła nawet pojechać – tak stanowiły ostre przepisy reformy rolnej). Razem chodziły na protesty, pod ambasadę węgierską, pod Politechnikę…. W 1959 wróciła na stałe i dostała pracę jako czterojęzyczna maszynistka w Animeksie. Tam poznała przyszłego męża. Pobrali się w 1963.

Rok później podjęła pracę tłumaczki, głównie polsko-niemieckiej. Pracowała najchętniej w kabinie. Nieźle zarabiała. Jako tłumaczka zaczęła jeździć po świecie. Ale jak to w pracy: lotnisko, sala konferencyjna, lotnisko. Gdzie była? Łatwiej jej powiedzieć, gdzie nie była i gdzie jeszcze zamierza pojechać. – Chciałabym być kiedyś ptakiem, ale z czapką niewidką. Bo na pewno będzie jakiś ptak o wiele większy ode mnie i on będzie dominował. A jak będę ptakiem z czapką niewidką, to polecę na Martynikę. W sumie do odwiedzenia mam 12 miejsc. Egina, Bornhom, Majorka, Malta, Gozo, Gran Canaria. To sześć. A gdzie się podziało pozostałe sześć? Zapominałam. O, mam, bardzo bym jeszcze chciała pojechać na wyspy eolskie przy Sycylii.

Każde z tych miejsc to przyczynek do spontanicznej opowieści o dalekich stronach i emocjonalnych spotkaniach. Sycylia to dyrektor festiwalu teatralnego, któremu pomagała w tłumaczeniach. Martynika rodzi skojarzenie z czarnoskórym mechanikiem z tego kraju, który przyjechał niegdyś do Polski, instalować skomplikowaną technicznie maszynę. Izie wyraźnie świecą się oczy na samo wspomnienie – czy chodzi o mechanika czy zamorski kraj, trudno dociec. Jest też Egina – grecka wyspa, której nazwa pochodzi od nimfy Aiginy, córki boga Asoposa. Jeśli wierzyć mitologii, nimfa została porwana przez Zeusa i zabrana właśnie w to miejsce. I znów w tle przewija się jakiś silny mężczyzna, choć mitologiczny.

– Miałam męża. Niestety, zmarł za wcześnie – prostuje pani Iza. – Ale to prawda, praktycznie nie widziałam mężczyzn, póki nie skończyłam 28 lat – tłumaczy bez zażenowania.

Pionierka

Pierwsze podejście do Sadyby było w roku 1979. Po śmierci męża i sprzedaniu wspólnego mieszkania na Willowej w centrum miasta, Izabela chciała kupić domek na Sadybie, na Kąpielowej. W dniu, w którym Iza miała podpisać umowę kupna, właścicielka domu – po naradzie z rodziną – podniosła cenę dwukrotnie. Izabela zrezygnowała. Szybko kupiła kawalerkę na Bruna i równie szybko parter domu na rogu Zacisznej i Rabczańskiej. Zdewastowane mieszkanie remontowała przez dwa lata. – Potrzebowałam czegoś własnego, przy ziemi – mówi. – Na Sadybie miałam wreszcie swój własny kąt.

Wprowadziła się na jesieni 1981. Wokół gruntowe, „piaskowe” ulice („era kostki Bauma nastała we wczesnych latach 2000”), za parkanem pekin – tak nazywano wtedy kamienice z gminnymi lokatorami. Przy Goraszewskiej stał właśnie co wzniesiony kościół. Dalej był spożywczy przy Zielonej i komis z meblami przy Okrężnej w miejscu obecnego Carrefour Express. Tam gdzie dziś jest NABO działał sklep spożywczy.

Z tamtych czasów Izabela żywo wspomina lokalnego pijaczka i rząd półlitrówek, które u niego przehandlowała za kilkadziesiąt litrów ropy do samochodu dowożącego dary. Wielki przyjaciel, osiemdziesięcioletni murarz, sławny Pietrek Osuch, „rzucił” jej też „baranka” na elewacji domu. Z ówczesnym proboszczem sadybiańskiej parafii jeździła do malarki  uzgodnić szczegóły obrazu św. Tadeusza Judy, pomagała nawiązywać kontakty z niemiecką parafią w Mayer przy granicy z Luksemburgiem. Organizowała paczki żywnościowe dla wiernych. Miała też sąsiadkę z góry, z którą dzieliła jedną linię telefoniczną. Tak było 30 lat temu.

Sieciowa aktywistka

Dziś życie codzienne Izabeli niewiele różni się od życia wielu seniorów mieszkających samotnie i mających problemy z poruszaniem się. Stan zdrowia nie pozwala jej robić wiele więcej ponad mieszkanie w czterech ścianach. Właśnie wystawiła na sprzedaż swojego Volkswagena Golfa z dużym przebiegiem i długą historią (pierwsza rejestracja: 1991), który wciąż jest sprawny, po przeglądach, z ważnym ubezpieczeniem. Nie będzie już jeździć samochodem. Dziś za samochód służy chodzik.

„Dyżurna staruszka”, jak sama się lubi nazywać, nie odpuszcza niedzielnej mszy w telewizji. Niedzielna transmisja to święto, obowiązkowy punkt programu. Nie chodzi tylko o religijny rytuał. Telewizor to okno na świat. Szeroki świat.

Jest i drugie okno. Nazywa się Facebook. Izabela codziennie komentuje tamtejsze wiadomości. Raz pochwali znajomych za ciekawą inicjatywę. Innym razem poprosi o pomoc, bo nie może wstawić zdjęcia lub udostępnić ogłoszenia. Albo zachęci do akcji charytatywnej na rzecz uczniów podstawówki z jej rodzimej wsi. Kiedy dzieje się coś ciekawego w okolicy – spotkanie autorskie, koncert, warsztat – nie waha się poprosić dobre dusze o podwiezienie. – Bywam na imprezach, ale nie lubię grupy, stąd może nie chodzę na Uniwersytet Trzeciego Wieku.

Wszędzie jej pełno. Polubia, komentuje, udostępnia. Ale Facebook to dla niej nie tylko nowsza wersja telewizora. To też miejsce do głoszenia publicznych manifestów. Pisanych prosto, od serca. Jak ten z listopada ubiegłego roku. – Mój ojciec, ur. 1899, miał 19 lat gdy nastała Polska. Żył tym, a nasz dom był pełen radości ojca. Żaden wójt, starosta, wojewoda czy prezydent, żadna partia nie była nam potrzebna, by się cieszyć Polską. Jako dziecko dumna byłam z małej, papierowej chorągiewki, z przejęciem czytałam „Skarby”, książkę w której Żurakowska pisze, że dla Wolnej Polski trzeba nawet dom poświęcić.

Sprawnie obsługuje Facebooka, emaila, faks a nawet WhatsAppa, ale sercem mieszka w latach 30-tych. Nowoczesna i staroświecka zarazem. Pogodna i tolerancyjna, choć mówi jasno, co myśli.

– Przydałby się ktoś, kto by co jakiś czas przyszedł naprawić karnisz czy żarówkę w żyrandolu. Albo gdzieś podwiózł. Choćby do sklepu. Ostatnio przeszłam się chodzikiem do sklepu na Okrężną i dwa razy okazało się, że był zamknięty. Niby nic. Ale pokonanie nierównych chodników na tak długiej trasie to jak cała seria wstrząsów mózgu. I to na własne życzenie!

Zwyczajna Sadybianka

– Dlaczego mnie nazwali Sadybianką Roku? Nie wiem. Niczym specjalnie się nie wyróżniam, żyję zwyczajnie – mówi Iza, nieco speszona.



Chciałabym być niewidzialnym ptakiem
Aktualności Sadyba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *