Pamiętacie petycję o ratowanie Jeziorka Czerniakowskiego? Po roku dowiadujemy się, co zdecydował ratusz

Pamiętacie petycję o ratowanie Jeziorka Czerniakowskiego? Po roku dowiadujemy się, co zdecydował ratusz

Dokładnie rok temu w Internecie ukazała się petycja do prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego o ochronę Jeziorka Czerniakowskiego. W kilka tygodni podpisało się pod nią ponad 6 tysięcy warszawiaków, a sprawę nagłośniły media w całej Polsce. O to, co udało się osiągnąć od tego czasu, pytamy inicjatora petycji, który złożył pod nią pierwszy podpis – Jerzego Piaseckiego z Towarzystwa Miasto Ogród Sadyba.

Sprawa zaczęła się 17 lipca ubiegłego roku. Wtedy po ogólnopolskiej medialnej wrzawie wokół uchwalenia planu miejscowego dla okolic Jeziorka Czerniakowskiego ukazała się petycja. Towarzystwo Miasto Ogród Sadyba domagało się w niej, aby prezydent Warszawy powołał w stołecznym ratuszu zespół, który określi, jak uratować wysychający i dewastowany rezerwat. Do petycji wpisano konkretne sprawy, którymi miał się zająć zespół urzędników.

Choć o petycji zrobiło się głośno w lokalnych mediach, a liczba podpisów rosła w szybkim tempie, nic nie wskazywało, że apel sadybiańskich aktywistów czeka inny los niż wiele innych podobnych apeli internetowych. Przełom nastąpił we wrześniu ubiegłego roku. Zaproszone na lokalny wiec nad Jeziorkiem Czerniakowskim wysokiej rangi dyrektorki z ratusza przybyły na Sadybę i zadeklarowały publicznie, że chcą zrealizować postulaty społeczników. Przybyłych na kąpielisko Jeziorka kilkuset mieszkańców Sadyby poinformowały, że dzień wcześniej prezydent miasta zarządził powołanie zespołu ds. rezerwatu. Od tego momentu minęło blisko rok. Nikt – ani urzędnicy ani społecznicy z Sadyby – nie informował w tym czasie o postępach prac zespołu. Dziś – w pierwszą rocznicę ukazania się petycji – przerywamy to milczenie.

O to, co zdarzyło się w sprawie Jeziorka w ostatnich miesiącach, zapytaliśmy inicjatora petycji, Jerzego Piaseckiego, prezesa Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Miasto Ogród Sadyba. To jego pierwsza publiczna wypowiedź na ten temat.

 

W petycji postulowałeś, by powołać w ratuszu zespół roboczy. Kiedy to się stało, wszedłeś w jego skład jako stały przedstawiciel strony społecznej. Kto jeszcze znalazł się w zespole decydującym o przyszłości Jeziorka Czerniakowskiego?

Skład zespołu określało zarządzenie prezydenta. Pracom przewodniczyła dyrektor koordynator ds. zrównoważonego rozwoju i zieleni, Justyna Glusman. Poza nią w każdym spotkaniu brali udział dyrektorzy dwóch ważnych biur w stołecznym ratuszu – ochrony środowiska Grażyna Sienkiewicz oraz architektury i planowania przestrzennego Marlena Happach,

W zależności od tematu spotkania byli też zapraszani wysocy rangą przedstawiciele zarządu zieleni, centrum komunikacji społecznej oraz innych jednostek – policji, straży miejskiej, biura bezpieczeństwa, czy OSIR Mokotów.  Ze strony dzielnicy Mokotów w każdym spotkaniu zespołu uczestniczył zastępca burmistrza Jan Ozimek.  

Jeszcze przed powołaniem zespołu ustaliliśmy z urzędnikami, że na wszystkie spotkania będą zapraszani przedstawiciele Towarzystwa Miasto Ogród Sadyba.  Tak się stało. Poza mną w spotkaniach uczestniczy też architekt krajobrazu Katarzyna Molską. Między spotkaniami radzimy też się niezależnych ekspertów.

W sumie na spotkaniach pojawiało się od 14 do 25 osób.

Mówisz o spotkaniach. Ile ich było?

Niestety, tylko dwa – 4 grudnia 2019 i 30 stycznia br. Oba w Biurze Ochrony Środowiska, które znajduje się na 18 i 20 piętrze błękitnego wieżowca na Placu Bankowym. Dalsze spotkania zostały odwołane z powodu pandemii.

Zaangażowanie wielu ludzi daje nadzieję, że sprawom Jeziorka przyjrzano się kompleksowo. Czy przełożyło się to również na liczbę załatwionych postulatów?   

Raczej nie. Ale problem nie polega na tym, ile postulatów załatwi się w krótkim czasie. Ważna jest również kolejność – ważne, by zaczynać od postulatów systemowych, które definiują główne ryzyka i rozwiązania, a dopiero – jak zgodzimy się, co jest kluczowe – potem zajmować się postulatami punktowymi, szczegółowymi.

Niestety, zespół nie działa w sposób systemowy. Mimo kilkakrotnych próśb i nalegań strony społecznej wciąż nie pochylono się nad pierwszym celem zespołu – „ identyfikacja, analiza i monitorowanie zagrożeń dla rezerwatu przyrody Jeziorko Czerniakowskie”. Oczekuje się od nas, że to my będziemy zgłaszali bardzo konkretne problemy, a zespół się zastanowi, czy można im zaradzić. Tymczasem nie o to chodzi – chodzi o to, aby zespół działał zgodnie z bardzo dokładnie wypracowanymi celami, korzystając ze swoich wewnętrznych specjalistów, a Towarzystwo reprezentowało głos społeczny w tej dyskusji.

Zatem jakie punktowe postulaty udało się doprowadzić do poziomu urzędowej decyzji, a jeszcze lepiej do realizacji?

Najwięcej udało się osiągnąć w sprawie zasilania Jeziorka w wodę. Ten temat był przedmiotem burzliwej debaty. Choć wszyscy zgodzili się, że Jeziorko wysycha,  pojawiły się głosy, że doprowadzenie wody złej jakości może jeszcze pogorszyć jego stan, a stworzenie rozwiązania zapewniającego doprowadzenie wody specjalnie oczyszczonej może być bardzo kosztowane lub technicznie bardzo skomplikowane.  Przedstawiciel Biura Ochrony Środowiska podkreślił, że aktualnie mamy do czynienia z suszą hydrologiczną – opady na terenie Warszawy były mniejsze w 2019 niż w 2018.

Ostatecznie podjęto decyzję o zleceniu opracowania, które odpowie na pytanie, jaki jest najlepszy sposób zasilania Jeziorka wodą dobrej jakości. W tym w jaki sposób można wykorzystać wody opadowe i roztopowe, zbierane w nieckach retencyjnych, które mają powstać na terenie Łuku Siekierkowskiego (zgodnie z wymaganiami planu miejscowego dla Czerniakowa Południowego).

Dodatkowo opracowanie ma wziąć pod uwagę inne zagrożenia (np. zanieczyszczenia biogenami) i zapewnienie odpowiednich warunków dla zachowania fauny i flory.

Czy ta decyzja skutkowała rozpisaniem przetargu na przygotowanie opracowania?

Na spotkaniu 30 stycznia urzędnicy zapowiadali, że do połowy lutego zamierzają przygotować tzw. Opis Zamówienia Publicznego, w którym zostaną zdefiniowane zakres koncepcji i terminy jej realizacji. Ze względu na pandemię procedura została wstrzymana. Aż do tego tygodnia.

14 lipca dostałem emaila z Biura Architektury i Planowania Przestrzennego o tym, że Biuro to planuje ogłosić przetarg na „Koncepcję zagospodarowania i odprowadzenia wód opadowych i roztopowych Łuku Siekierkowskiego, ze szczególnym uwzględnieniem zasilania w wodę akwenu rezerwatu przyrody Jeziorko Czerniakowskie”. Jeśli się tak stanie, a ma się stać w najbliższych dniach, to będzie to konkretny krok w kierunku ratowania rezerwatu.

Widziałem założenia do tego przetargu. Szczegółowy dokument liczy 9 stron. Zapowiada się, że efekt będzie bardzo konkretny i praktyczny. I da podstawy dla konkretnych ruchów inwestycyjnych.

Jak długo będzie trzeba czekać na powstanie tego opracowania? 

Przypuszczam, że razem z przetargiem na wykonawcę, opracowanie będzie gotowe za rok-półtora.

Czyli jeszcze w tej samej kadencji obecnego zarządu miasta?

Tak sądzę.

Co jeszcze udało się zrobić w zespole?

Drugim bardzo ważnym punktem było bezpieczeństwo i zapobieganie dewastacji rezerwatu. To temat, który zgłosiliśmy i uważamy za strategicznie ważny.  Rezerwat podlega bowiem presji setek a nawet tysięcy mieszkańców dziennie (np. w weekendy letnie). Zależy nam na tym, aby korzystać z rezerwatu w sposób przemyślany (spacery, sport, regeneracja na łonie natury).

Niestety, część mieszkańców dewastuje infrastrukturę ścieżki edukacyjnej, pali ogniska i grille, doprowadzając do pożarów, oraz zaśmieca rezerwat. Często powodem tych niebezpiecznych działań jest spożywanie alkoholu. W ciągu ostatnich kilku lat dzięki współpracy Zarządu Zieleni m. st. Warszawy, OSiR Mokotów, policji, straży miejskiej i Towarzystwa Miasto Ogród Sadyba wprowadzono szereg działań mających rozwiązać przedstawione problemy.

Przypomnijmy, o jakich działaniach mówimy…

Dla Jeziorka założono tzw. kartę kontroli miejsca zagrożonego i na wniosek strony społecznej sfinansowano ponadnormatywne patrole służb. Na terenie plaży przy ul. Jeziornej 4 dla poniesienia bezpieczeństwa uruchomiono oświetlenie, zamontowano kamerę, którą podpięto do systemu miejskiego monitoringu. Dodatkowo pracownicy OSiR udzielali pouczeń odwiedzającym, którzy łamali regulamin kąpieliska. Od czerwca do września ubiegłego roku Strażnik Jeziorka Czerniakowskiego monitorował teren rezerwatu 24 godzin na dobę i obchodził Jeziorko co 3 godziny. W bardzo burzliwej dyskusji na spotkaniu zespołu analizowaliśmy i ocenialiśmy skuteczność wprowadzonych rozwiązań.

Jakie były wnioski?

W imieniu Towarzystwa potwierdziłem, że w wyniku mobilizacji jednostek miasta i współpracy z mieszkańcami bezpieczeństwo uległo poprawie.  Zwróciłem jednak uwagę na kilka słabych punktów wymagających dopracowania. Straż Miejska mimo zakazu palenia ognia nie interweniowała zdecydowanie przy paleniu ognisk i nie reagowała w ogóle przy paleniu grilli. Podczas weekendów kilkadziesiąt osób spożywało alkohol na plaży, a działania interwencyjne policji były bardzo ograniczone. Towarzystwo podało konkretny przykład, w którym w czerwcu 2019 na terenie OSiR był rozstawiony stolik, przy którym odbywała się impreza z wódką i muzyką, a przejeżdżający patrol policji nie zareagował. 

Co z tej dyskusji i ocen wynika na przyszłość?

Wspólnie – urzędnicy z Biura Bezpieczeństwa, policja, straż miejska, OSiR Mokotów, Zarząd Zieleni, urząd dzielnicy Mokotów i Towarzystwo Miasto Ogród Sadyba – ustaliliśmy plan działania na rok 2020. Uznaliśmy, że należy kontynuować patrole służb miejskich, ze szczególnym nasileniem w miesiącach letnich. W tym celu Biuro Bezpieczeństwa zarezerwowało odpowiednie środki na ponadnormatywne patrole.

Uzgodniliśmy też, że należy przygotować regulamin rezerwatu Jeziorko Czerniakowskie, uwzględniający zakaz rozpalania grilli. Towarzystwo dodatkowo postulowało o zorganizowanie dodatkowego spotkania OSiR, Zarządu Zieleni, policji, straży miejskiej i Towarzystwa w celu ustalenia planu skoordynowanego działania.

Co jeszcze ustalono na spotkaniach zespołu roboczego w ratuszu?

Z konkretów to by było na tyle. Kilka spraw jest wciąż w toku. 

Co to są za sprawy?

Rozmawialiśmy m.in. o planie miejscowym dla Czerniakowa Południowego, który wzbudził tak duży protest społeczny w poprzednie wakacje. Interesował nas stan prawny tego dokumentu i jego konsekwencje dla zabudowy na tym terenie. Przypomnę, że plan miejscowy został uchylony przez Wojewodę i sprawa jest w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym. 12 marca br. miała odbyć się rozprawa. Na razie nie wiemy, czy do niej doszło i jakie są jej efekty. Dla nas ważne jest szczególnie, czy są wydane lub planuje się wydanie jakiegokolwiek pozwolenia na budowę na terenie objętym planem, przed powstaniem niecek retencyjnych. 

Poruszaliśmy również temat uruchomienia prac nad planem miejscowym dla Jeziorka Czerniakowskiego oraz przygotowania wspomnianego wcześniej Regulaminu Rezerwatu Jeziorko Czerniakowskie. Na drugim spotkaniu zespołu, 30 stycznia br. padło zapewnienie Zarządu Zieleni m.st. Warszawy, że do końca roku będzie opracowany stosowny regulamin dla rezerwatu.

Mówiliśmy wreszcie odziałaniach ochronnych i pielęgnacyjnych. Chcielibyśmy wiedzieć dokładnie, jakie działania ochronne i pielęgnacyjne były i będą podjęte przez Zarząd Zieleni m.st. Warszawy w roku 2020. Oraz czy i jakie działania zostaną wykonane z zaległego budżetu partycypacyjnego.

Jak mówiłem, te wszystkie tematy są jeszcze w trakcie dyskusji.

Jakie działania wspominane w waszej petycji z 17 lipca 2019 mają – według Ciebie – szansę na realizację w ciągu roku od powołania zespołu, tj. do września 2020?

Tylko jedno działanie, notabene odwlekane latami – rozstrzygnięcie przetargu i rozpoczęcie prac  nad koncepcją,  która odpowie na pytanie, w. jaki sposób zaopatrzyć Jeziorko w wodę dobrej jakości. Jest to możliwe, ale wymagałoby determinacji i zaangażowania ze strony Biura Architektury i Planowania Przestrzennego.

Największy postulat związany z zasilaniem Jeziorka Czerniakowskiego w wodę faktycznie zmierza ku rozwiązaniu, ale liczba spraw czekających na rozwiązanie jest wciąż długa. Jak oceniasz postęp prac zespołu roboczego?

Powiem szczerze, że oczekiwałem o wiele więcej – w zespole są najważniejsi urzędnicy w mieście. Zespół ma duży potencjał, którego nie wykorzystuje, a powinien mieć duże możliwości, bo ma poparcie Prezydenta. Faktem jest, że dyskutując problem po problemie można znaleźć pewne rozwiązania i nawet wdrożyć je, ale nie od tego powinien być zespół.

Moim zdaniem, zespół powinien widzieć rezerwat Jeziorko Czerniakowskie jako coś unikalnego do ochrony – coś, co można udostępnić społeczeństwu w sposób przemyślany i co może służyć edukacji ekologicznej, tak cennej w 21. wieku. Zespół powinien konsekwentnie realizować postawione przed nim cele, szukać rozwiązań systemowych i określać kierunki działań. Mam nadzieję, że do tego dojdziemy – skuteczność zależy nie od zespołu jako sztucznego tworu, ale od konkretnych ludzi i ich zaangażowania. Na razie takie zaangażowanie iskuteczność dostrzegam w Biurze Architektury i Planowania Przestrzennego.

Co z Twojej perspektywy stanowi największą trudność w dojściu do decyzji i realizacji w zespole roboczym?

Mimo dobrej woli dyrektorów biur miasta bardzo trudno jest o dojście do konkretnych decyzji, a potem do ich skutecznej realizacji. Bardzo rzadko się zdarza, że urzędnik przedstawi konkretny termin realizacji zadania. Wydaje mi się, że powody są dwa: raz, jest to dodatkowy temat, a pracy jest dużo, dwa – każda decyzja rodzi pośrednio konsekwencje w postaci wydatków finansowych, a środki są  teraz mocno ograniczone. Aby osiągnąć sukces potrzebna jest konsekwencja i determinacja strony społecznej.

Na koniec musimy zapytać, dlaczego mieszkańcy Sadyby i generalnie warszawiacy nie są informowani o postępach prac zespołu roboczego? Zgodnie z pierwotnymi zapowiedziami, informacje o efektach prac miały być okresowo podawane do publicznej wiadomości. Tymczasem zaraz minie rok od powołania zespołu i cisza trwa.

Bardzo dobre pytanie, które należy zadać pani Justynie Glusman – przewodniczącej zespołu. Towarzystwo domagało się, aby postęp prac zespołu był podawany do publicznej wiadomości co pół roku, czyli – pierwszy raz pod koniec marca br. Kilkakrotnie wystąpiliśmy do zespołu, aby przygotował podsumowanie swoich działań (my ich nie znamy, bo po podjęciu decyzji na spotkaniu, dalsze prace toczą się w biurach i nie znamy efektów) i wspólne wystąpienie z pozytywnym komunikatem  publicznym. Odpowiedzi się nie doczekaliśmy.


Czytaj dalej

Sadybianie od podszewki: Aleksandra Karkowska

Sadybianie od podszewki: Aleksandra Karkowska

W drugim odcinku cyklu „Sadybianie od podszewki” rozmawiamy z jedną z najbardziej aktywnych mieszkanek starej Sadyby, Aleksandrą Karkowską. O starych zwyczajach, które przetrwały na Sadybie, o tym, co by zmieniła na swoim osiedlu i dlaczego wychodząc po bułki wraca najwcześniej za pół godziny.

Aleksandra Karkowska od kilku lat nie schodzi z podium naszego dorocznego plebiscytu na najaktywniejszych mieszkańców starej Sadyby. Rok temu była druga, w tym roku zajęła trzecie miejsce.

Znana jest przede wszystkim z animowania wydarzeń i koordynacji trzydniowego festiwalu Otwarte Ogrody Sadyba. W ubiegłym roku odpowiadała m.in. za organizację potańcówki w stylu retro, koncertu sąsiedzkiego zespołu „Sadyba Śpiewa”, koncertu Michała Przerwy-Tetmajera, oraz spotkań z: fotografem Tadeuszem Rolke, pisarką Agnieszką Taborską i dziennikarką Małgorzatą Piekarską. Zorganizowała również kilka dużych wydarzeń: 2. oficerski bal sadybiański (luty 2020), wykład licealistów o zmianach klimatu (luty 2020), cykl czterech jesiennych spotkań historycznych (w tym spaceru „Sadyba to też bloki”) (listopad 2019), spacer historyczny po Forcie IX i Parku Szczubełka, wykład historyczny Marii Sołtys pt. „Miasto-ogród – sposób na życie. Utracony czy zapomniany?” (listopad 2019). Sporo wydarzeń jak na jedną osobę, która poza Sadybą realizuje jeszcze inne pasje – podróże i pisanie książek.

Rozmowę z Aleksandrą Karkowską przeprowadziła Ida Kożuchowska, autorka cyklu wywiadów „Sadybianie od podszewki”.

 

Jest Pani jedną z najbardziej rozpoznawalnych i lubianych Sadybianek. Jak znalazła się Pani w gronie aktywistów sadybiańskich?

Aleksandra Karkowska: Na Sadybę sprowadziłam się w 2002 roku, do mieszkania w bloku oficerskim. Ponieważ oboje z mężem pracowaliśmy wtedy w korporacjach z dużą ilością nadgodzin, szukaliśmy miejsca, które będzie oddalone od głośnych ulic, nie na parterze, z garażem podziemnym i po pełnym remoncie. Mieszkanie, które zastaliśmy na Sadybie, nie spełniało żadnego z tych warunków. Natomiast my zakochaliśmy się w nim momentalnie. Od razu wiedzieliśmy, że to tu chcemy zamieszkać.

Jeśli chodzi natomiast o Towarzystwo Miasto Ogród Sadyba, to początkowo obserwowałam działania stowarzyszenia przez pryzmat festiwalu Otwarte Ogrody. Wszystko zaczęło się tak naprawdę od ulotki przedstawiającej wydarzenie, która trafiła do mojej skrzynki. Chętnie brałam udział w festiwalu, zgłaszając się do pomocy przy jego organizacji. Dokładnie 7 lat temu zaproponowano mi współorganizację kolejnej edycji Otwartych Ogrodów. I tak zaczęła się moja przygoda z Towarzystwem.

Festiwal Otwarte Ogrody rozwija się pod Pani okiem od kilku lat. Proszę opowiedzieć, co wyróżnia to wydarzenie i dlaczego jest ono ważne dla mieszkańców Sadyby?

Festiwal to przede wszystkim wielkie święto sadybiańskie. Przez ostatnie 13 lat uświadomiliśmy sobie, jak ważna dla mieszkańców i przyjaciół Sadyby jest integracja zarówno społeczna jak i z miejscem, w którym żyjemy. Obserwuję coraz większe zaangażowanie w sprawy lokalne osób mieszkających tu od dawna, jak i osób, które dopiero odkrywają nasze wyjątkowe osiedle.

Podczas Otwartych Ogrodów dużo jest wykładów czy spacerów historyczno-poznawczych, lecz ogromną popularnością cieszą się imprezy, na których spotykają się wszyscy sąsiedzi. Myślę, że nikt nie wyobraża sobie dzisiaj festiwalu bez potańcówki retro czy pchlego targu. Atmosfera podczas Otwartych Ogrodów jest niezwykła, ponieważ Sadybianki i Sadybianie stają się na te 3 dni jedną wielką rodziną. Czerwcowy festiwal jest jednym z najważniejszych wydarzeń społeczno-kulturalnych na Sadybie, ale staramy się również rozszerzać te działania na edycję jesienną (Babie Lato) czy bale oficerskie, żeby okazji do integracji między mieszkańcami było jak najwięcej.

Organizacja tego typu wydarzeń to miesiące przygotowań. Co sprawia, że kontynuuje Pani swoje działania z takim zaangażowaniem? Co cieszy najbardziej, kiedy działa Pani na rzecz Sadyby?

Największą frajdę sprawia mi właśnie ta integracja społeczna. Gdy opowiadam znajomym o moich kontaktach z sąsiadami, to spotykam się zwykle z dużym zaskoczeniem – osoby żyjące, tak jak ja, w bloku, zwykle nie znają innych mieszkańców lepiej niż tylko z widzenia. Natomiast, kiedy na naszej Sadybie wychodzę rano do sklepu po przysłowiowe „bułki”, to moja rodzina zawsze śmieje się, że wrócę najwcześniej za pół godziny. W kolejce spotykam kilku sąsiadów i jak zwykle z kimś się zagadam.

Gdy byłam dzieckiem, pamiętam, że wyjeżdżając zostawialiśmy sąsiadom klucze, by podlali kwiaty – coś niespotykanego w obecnych czasach. Na Sadybie wszystko zostało jednak po staremu i ten zwyczaj dalej funkcjonuje. Bardzo cieszy mnie, gdy widzę, jak nawiązują się takie, często międzypokoleniowe, sąsiedzkie relacje.

Gdyby Pani mogła zmienić jedną rzecz na Sadybie, cóż takiego by to było?

Nalałabym wody do fosy. Już mówię dlaczego. Gdy zbierałam materiały do książki o historiach z Sadyby mieszkańcy niejednokrotnie wspominali dawne czasy, gdy zimą jeździli na łyżwach, na zamarzniętej fosie. Tatusiowie czyścili i wygładzali taflę lodu, rozwieszali lampki i puszczali muzykę z adaptera na płyty. Kilka lat temu, kiedy zimy jeszcze na to pozwalały, my zaczęliśmy robić to samo. Starsze Panie z bloku przynosiły nam świeczki, lampki, żarówki – uśmiechnięte zachęcały nas do ich ulubionych zabaw z dzieciństwa. Okazało się, że te kilkadziesiąt lat nie stanowi żadnej bariery i te same tradycje dalej cieszą.

Czy są obecnie jakieś plany na przyszłe projekty?

Moja głowa jest pełna pomysłów, na które niestety nie zawsze starczy czasu, sił czy środków. Bardzo chciałabym na przykład upamiętnić zasługi osób, które prowadziły tajną drukarnię na Morszyńskiej czy 17 oficerów z Sadyby, którzy zginęli w Katyniu. Za 2 lata zbliża się 100. rocznica powstania Spółdzielni Budowlano-Mieszkaniowej Sadyba, dlatego mam nadzieję, że uda nam się również zorganizować obchody tego święta. Jednym z pomysłów jest też dokończenie filmu reżyserii Marcina Giżyckiego, który w swoim materiale umieścił wywiady z najstarszymi mieszkańcami Sadyby. Warto byłoby zachować wiedzę, doświadczenia czy wspomnienia innych osób, póki są jeszcze z nami.

Sama robi Pani wiele, by zachować doświadczenia tych osób. Jest Pani m.in. współautorką książki „Banany z cukru pudru”, w której zebrała Pani wspomnienia mieszkańców Sadyby z lat ich młodości. Co najbardziej utkwiło Pani w pamięci z czasów pracy nad tym projektem?

Gdy razem z Basią Caillot zaczęłyśmy pracować nad książką „Banany z cukru pudru”, zależało nam, żeby trafić do osób, które wychowały się właśnie tutaj, na Sadybie. Wśród ponad dwudziestu osób, znalazłyśmy panią Birutę, która do 1944 roku żyła na ulicy Godebskiego. Natomiast my poznałyśmy ją jako mieszkankę ulicy Żegiestowskiej, która przez ponad 70 lat nie miała odwagi wejść do mieszkania, z którego wyszła jako kilkuletnia dziewczynka. Wspólnie zdecydowałyśmy się tam wybrać. Udało się nam dotrzeć do obecnych mieszkańców i wejść do jej dawnego mieszkania. To było bardzo wzruszające spotkanie – pani Biruta zabrała ze sobą misia, którym się bawiła w 1944 oraz albumy zdjęć zrobionych w tym mieszkaniu. Na długo zapamiętam to zdarzenie.

A jak wygląda Pani życie poza Sadybą? Jak lubi Pani spędzać swój wolny czas? Jakie są Pani zainteresowania?

Podróże. Dalekie, ale również te bliskie. Podróżując odkrywam, że często tuż za rogiem znajdują się niesamowite miejsca. A najbardziej interesują mnie ludzie – jak wygląda ich życie codzienne, czym się zajmują. Od dziecka to lubiłam. Pamiętam rozmowy z moją babcią. W szkole uczyłam się o II wojnie światowej z książek i podręczników, ale mi do głowy przychodziły inne pytania: „Babciu, jak wyglądał wtedy twój dzień? Jak wyglądało życie podczas tych wszystkich zagrożeń, kiedy nie mieliście co jeść?”.

Właśnie poprzez podróże mogę poznawać historię mówioną, z różnych zakątków Polski i świata. Stąd moja prośba, rozmawiajmy z najstarszymi, łączmy pokolenia!


Czytaj dalej

30 lat temu Jeziorko Czerniakowskie stanęło w ogniu

30 lat temu Jeziorko Czerniakowskie stanęło w ogniu

Równo 30 lat temu Sadyba przeżyła swój największy pożar w historii – w płomieniach stanęła drewniana stanica na Jeziorku Czerniakowskim

Drewniana, kryta słomą, stanica na palach była od wojny charakterystycznym punktem Jeziorka Czerniakowskiego. Tu w latach 40. i 50. działała wylęgarnia szlachetnych gatunków ryb Ośrodka Zarybieniowego – Czerniaków. Po 1956 roku, kiedy ośrodek przeniósł się do Dawid pod Warszawą, domek przejęło ognisko Towarzystwa Krzewienia Kultury Fizycznej z siedzibą na Jodłowej. Na drewnianym podeście domku opalali się lokalni mieszkańcy, stamtąd do wody skakała młodzież. Więcej o historii domu na palach pisaliśmy w sierpniu 2014 roku ( http://sadyba24.pl/jcontentxmipsum-potenti-leo-malesuada-amet-sociis-nascetur-variusxm/item/593-jak-to-sadybia%C5%84ska-m%C5%82odzie%C5%BC-si%C4%99-drzewiej-bawi%C5%82a-%E2%80%93-wspomnienia-o-drewnianym-domku-na-palach).

Do dziś w pamięci mieszkańców Sadyby najmocniej zapisał się nie tyle ośrodek zarybieniowy, co pożar stanicy. Wielu mieszkańców osiedla z tego okresu pamięta to wydarzenie, ale nie potrafi przywołać szczegółów. My natrafiliśmy na jednego z naocznych świadków pożaru. Dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że to właśnie dziś mija 30 lat od tamtych tragicznych chwil. O pożarze z 23 czerwca 1990 roku opowiada Mariusz Wieczorek.

Jak to było – opowieść świadka

Była sobota, 23 czerwca 1990 roku. O godz. 22.15 zauważyłem z bratem z dziewiątego pietra budynku przy Konstancińskiej jasną łunę pożaru w okolicy Jeziorka. Po 15 min. byliśmy na miejscu. Okazało się, że płonie budynek stanicy wodnej po drugiej stronie.

Żar był tak duży, że było go czuć po naszej stronie wody. Straż pożarna już była na miejscu, ale ze względów bezpieczeństwa nie puszczali nikogo w pobliże. Wśród kilkudziesięciu zgromadzonych osób (między innymi pracowników stajni) dowiedziałem się, że było to podpalenie i to kolejne. Dwa tygodnie wcześniej podpalono jedną z altanek na działkach, a tydzień później kolejną.

Po godzinie gaszenia wciąż pożar był ogromny, ponieważ budynek był drewniany. Dach, pokryty eternitem, już się zawalił, jednak reszta płonęła. Kiedy ok. 23.45 wracałem do domu, z okien wciąż było widać łunę.

Na drugi dzień, czyli 24 czerwca, poszliśmy ponownie. Zastaliśmy już tylko dogaszone zgliszcza. Z informacji od świadków dowiedziałem się, że złapano podpalacza, który przyznał się do tego i dwóch innych podpaleń. Dalszej jego historii nie znam. Osób nie było wewnątrz, ponieważ wypożyczano wtedy łodzie za dnia, a i wędkarzy również już nie było. Nie wiem, jak szybko posprzątano pozostałości zgliszczy – zaczynał się sezon urlopowy i nie było mnie na miejscu przez kolejne półtora miesiąca.


Czytaj dalej

Pawilon parkowy na Sadybie miał być gotowy w ubiegłym roku. Co się z nim dzieje?

Pawilon parkowy na Sadybie miał być gotowy w ubiegłym roku. Co się z nim dzieje?

Zwycięski projekt budżetu obywatelskiego na Sadybie notuje już półroczny poślizg. Urzędnicy nie potrafią powiedzieć, kiedy ostatecznie trafi do realizacji.

W lipcu 2018 roku stołeczny ratusz ogłosił, że jednym z projektów, które zwyciężyły w budżecie obywatelskim Warszawy jest „Międzypokoleniowe Miejsce Spotkań – Sąsiedzki Pawilon Parkowy na Skwerze Ormiańskim”, autorstwa Katarzyny Molskiej. Zgodnie z zasadami, projekt miał być zrealizowany w 2019 roku. Pół roku po terminie, pawilonu nadal nie ma. Postanowiliśmy sprawdzić, co się dzieje z obiektem, który miał być pierwszym miejscem aktywności społecznej na starej Sadybie.

Wspaniałe początki

W zamyśle autorki, pawilon parkowy na Sadybie miał służyć jako lokal integracyjny dla okolicznych mieszkańców. W opisie projektu czytamy, że w obiekcie „każdy może spotkać się ze znajomymi i poznać nieznajomych, wypić kawę, pograć w gry towarzyskie, przedstawić własne dokonania, zorganizować wystawę, odczyt, prezentację, wziąć udział w bezpłatnej imprezie sąsiedzkiej.”

Pozytywna, otwarta wizja autorki zachwyciła urzędników. – Na początku panował wielki entuzjazm i dobra wola wszystkich zaangażowanych stron – wspomina Grzegorz Mizieliński, architekt, który wygrał przetarg na wykonanie dokumentacji projektowej.

Szybkie tempo prac wydaje się potwierdzać tą tezę. Jak czytamy na stronie budżetu obywatelskiego, Zarząd Zieleni Warszawy, odpowiedzialny za realizację projektu, zawarł umowę z Mizielińskim w lutym 2019 roku. To samo źródło podaje, że już w kwietniu tego samego roku urząd odebrał od architekta projekt architektoniczno-budowlany. Jeszcze 25 kwietnia 2019 miejscy ogrodnicy złożyli do urzędu dzielnicy Mokotów formalny wniosek o pozwolenie na budowę (został on pozytywnie rozpatrzony 29 października 2019).

Projekt spowalnia

Oczekując na pozytywną decyzję o pozwoleniu na budowę, w maju 2019 projektant przystąpił do drugiego etapu prac. Jego zadaniem było uszczegółowienie z zasady ogólnego projektu budowlanego. Chodziło o to, by przyszły wykonawca wyłoniony w przetargu dokładnie wiedział, jak ma zrealizować pomysł autorki – na przykład jakich i ile materiałów użyć.

I tu zaczynają się schody. Z powodu nieprzewidzianych problemów, tempo prac siada. Zarząd Zieleni tłumaczy: – Z uwagi na trudności w uzyskaniu dla projektowanego pawilonu warunków technicznych zasilania w wodę na cele przeciwpożarowe nastąpiło opóźnienie w wykonaniu dokumentacji. Konieczne było uzyskanie odstępstwa od warunków technicznych i wymagań ochrony przeciwpożarowej do Wojewódzkiego Komendanta Straży Pożarnej. Do uzyskania tego odstępstwa niezbędne było wykonanie dodatkowej ekspertyzy przeciwpożarowej.

Trochę inaczej widzi powody opóźnienia projektant. – Na początku prac przy projekcie wykonawczym Zarząd Zieleni zgłosił nam dużo uwag. Pytał, dlaczego nie ma jednych elementów i czy można wprowadzić inne, o których wcześniej, na etapie wykonywania projektu budowlanego, nie wspominał. W efekcie, czas przygotowania projektu wykonawczego się wydłużył – mówi Mizieliński.

…i puchnie

Stopniowe dozbrajanie projektu przez zarząd zieleni wpłynęło też na znaczne zwiększenie kosztu pawilonu. O ile? Mizieliński nie podaje kwoty, ale szacuje, że o ok. 35-40%. Pierwotna wycena projektu wynosiła 418,500 złotych, nieplanowana nadwyżka to – jak wynika z naszych wyliczeń – ponad 160 tysięcy.

Projektant nie podaje zaktualizowanej wartości, ale zachęca, aby oceniać ją w kontekście wszystkich prac, składających się na łączny koszt. – Pawilon na Skwerze Ormiańskim nie jest standardowym obiektem kontenerowym, który powstałby w środku miasta. To nie tylko obiekt architektoniczny o podwyższonym standardzie, ale też zieleń, podesty, podjazdy, zagłębienie w terenie, infrastruktura. Sam pomysł jest zatem już na wstępie droższy od standardowych rozwiązań. A w naszym przypadku doszły jeszcze dodatkowe koszty związane ze zmianami od zleceniodawcy oraz znacznym wzrostem cen materiałów i robocizny między 2018 rokiem, kiedy przegłosowano pomysł, a końcem 2019 roku, kiedy powstał zaktualizowany kosztorys.

Ostatnia wersja kosztorysu trafiła do Zarządu Zieleni w styczniu 2020 roku.

Architekt proponuje odchudzić projekt

Stołeczni ogrodnicy nie byli przygotowani na wzrost kosztów pawilonu o 40%. W stołecznym ratuszu takie przypadki zdarzają się jednak na porządku dziennym. Większość opóźnionych projektów budżetu obywatelskiego w Warszawie spotyka się z dużym skokiem cen, potrzebą aktualizacji kosztorysu i koniecznością szukania dodatkowych środków.

Projektant, świadomy znacznego podrożenia projektu, zaproponował urzędnikom rozwiązanie. – Chcieliśmy zoptymalizować składowe kosztorysu, aby obniżyć łączny koszt – mówi Mizieliński. Myśleliśmy o tańszych rodzajach materiałów wykończeniowych, czy nawet o niezrealizowaniu 100% przyjętego planu, mając nadzieję, że brakujące wyposażenie będzie można wykonać w kolejnym roku, z innych środków. Istniała też szansa, by wykonać toaletę w pawilonie ze środków, które Zarząd Zieleni miał zarezerwowane na kosztowną automatyczną toaletę miejską na Skwerze Ormiańskim.

O chęci pracy nad optymalizacją projektu projektant rozmawiał z pracownikami Zarządu Zieleni w lutym 2020. Urzędnicy nie skorzystali jednak z propozycji. Jak twierdzi Mizieliński, to był ostatni kontakt między obu stronami.

Zarząd Zieleni woli szukać dodatkowych środków

Co się działo z projektem pawilonu na Sadybie od lutego do końca czerwca 2020 nie wiadomo. Według aktualizacji na stronie budżetu obywatelskiego z 15 czerwca 2020, wykonawca nadal opracowuje projekt wykonawczy dla obiektu („od maja”). W tym samym miejscu czytamy, że „ZZW (Zarząd Zieleni – przyp. red.) dysponuje kosztorysem inwestorskim wykonany(m) na podstawie zaakceptowanego przez Wydział Architektury Urzędu Dzielnicy Mokotów”.

Rzecznik Zarządu Zieleni Anna Stopińska tłumaczy, że projekt wciąż czeka na decyzję o dofinansowaniu. Jako powód opóźnienia podaje trudną sytuację miasta spowodowaną pandemią. – Trwający stan epidemii w związku z zakażeniami wirusem SARS-CoV2 skutkuje powszechnie trudną sytuacją ekonomiczno-gospodarczą – mówi Stopińska. I dodaje: – W konsekwencji zachodzi konieczność ustalenia priorytetów inwestycyjnych m.st. Warszawy przy jednoczesnym wprowadzeniu niezbędnych ograniczeń budżetowych w miejskich jednostkach. W świetle powyższego budowa Pawilonu na Skwerze Ormiańskim, w związku z niedoszacowaniem faktycznych kosztów jej realizacji, wymaga decyzji w zakresie możliwości zabezpieczenia właściwego finansowania, a w konsekwencji realizacji.

Tłumaczenie Zarządu Zieleni nie wyjaśnia, czy urzędnicy podjęli jakiekolwiek działania, by znaleźć potrzebne środki albo odchudzić projekt. Niejasna jest szczególnie aktywność urzędu w pierwszym kwartale tego roku. Trudno bowiem składać opóźnienie na karb pandemii, skoro ta ogłoszona została 20 marca 2020, a o wzroście kosztów projektu urzędnicy wiedzieli już co najmniej od stycznia tego samego roku.

O to, czy podejmowane są jakiekolwiek działania, by rozwiązać problem droższego projektu, zapytaliśmy Zarząd Zieleni. Do momentu publikacji nie uzyskaliśmy odpowiedzi. Kiedy ją otrzymamy, zamieścimy ją w aktualizacji artykułu.

Podobnie czekamy na odpowiedź stołecznego ratusza na pytanie, kiedy można się spodziewać jego decyzji w sprawie zabezpieczenia finansowania i skierowania projektu do realizacji. Jak wynika z oświadczenia Zarządu Zieleni, to od tej decyzji zależy dziś dalszy los pawilonu parkowego na Skwerze Ormiańskim.


Czytaj dalej

Sadybianie od podszewki: Jerzy Piasecki

Sadybianie od podszewki: Jerzy Piasecki

W plebiscycie Sadyba24.pl na najaktywniejszego Sadybianina 2020 wygrał z dużą przewagą nad resztą stawki. Jerzy Piasecki. Jaki jest – społecznie i prywatnie? 

W pierwszym odcinku cyklu wywiadów z mieszkańcami Sadyby „Sadybianie od podszewki” pytamy pierwszego aktywistę Sadyby o to, jaki jest – społecznie i prywatnie. Od podszewki. 

Jerzy Piasecki tylko nam mówi m.in. dlaczego zaczął działać społecznie, jak reaguje w spornych sprawach, jakie miejsca lubi na swoim osiedlu, ale też… co myśli o schowaniu Wisłostrady w tunel na wysokości Powsińskiej.

Autorką wywiadu i całego cyklu jest nasza nowa współpracowniczka, Ida Kożuchowska. 18-latka z Sadyby, tegoroczna maturzystka, zaangażowana w wiele akcji społecznych – dziś debiutuje na naszych łamach. Witamy!

 

W plebiscycie portalu Sadyba24.pl na najaktywniejszego Sadybianina 2020 został Pan wyróżniony pierwszym miejscem, z dużą przewagą nad resztą stawki. Na taką zgodność i uznanie jurorów pracuje się latami. Jak to się wszystko zaczęło? Co sprawiło, że zaangażował się Pan w działalność na Sadybie?

Jerzy Piasecki: Moi rodzice sprowadzili się na Sadybę, kiedy byłem jeszcze dzieckiem w 1976 roku. Nie miałem wtedy pojęcia, że Miasto-Ogród Sadyba jest wpisane do rejestru zabytków. W tej błogiej nieświadomości żyłem aż do roku 2003. To były burzliwe czasy, z ogromną presją deweloperów na budowę na Sadybie. Powstał tu wtedy ruch społeczny, walczący o zachowanie ładu architektonicznego na naszym historycznym osiedlu.

Zacząłem działać na mojej ulicy, by zapobiec budowie apartamentowców i od tego się zaczęło. Gdy zorientowałem się, że piękno i architektura tego miejsca niszczone będą rozkopami czy zabudową nowych terenów i ogrodów, pomyślałem, że tak nie powinno to wyglądać. I wtedy właśnie okazało się, że żyję w sercu Miasta-Ogrodu Sadyba, w którym zgodnie z jego ideą obowiązują pewne procedury. Wybitni architekci Oskar Sosnowski i Antoni Jawornicki w latach 20. zaplanowali wzorcowy plan osiedla, a zadaniem mieszkańców na czele z konserwatorem zabytków jest dbać o historyczną Sadybę. Tak zaczęła się moja przygoda z Towarzystwem Miasto-Ogród Sadyba.

Mieszkańcy słyszą wiele o Towarzystwie w kontekście różnych wydarzeń kulturalnych, takich jak festiwal Otwarte Ogrody, czy działań na rzecz ochrony Jeziorka Czerniakowskiego. Czym jeszcze zajmuje się organizacja, w której obecnie pełni Pan funkcję prezesa?

Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Miasto-Ogród Sadyba ma bardzo szeroki zakres działań, który zresztą nieustannie się zmienia i rozwija wraz z nowymi problemami czy wyzwaniami. Głównym celem jest zachowanie historycznego osiedla, zgodnie z ideą miasta-ogrodu.

Ale TSK MOS to przede wszystkim mieszkańcy, a my pragniemy zagwarantować tej społeczności jak najlepsze warunki do życia. Dlatego chronimy miejsca zielone i Jeziorko Czerniakowskie, walczymy ze smogiem oraz dbamy o infrastrukturę, dostosowaną do potrzeb zabytkowej zabudowy.

Kolejnym kluczowym aspektem, którym się zajmujemy jest edukacja na temat historii Sadyby. Rozpowszechniamy wśród mieszkańców wiadomości o tożsamości osiedla i w ten sposób staramy się budować świadomość o wyjątkowości tego miejsca.

Ważna jest dla nas również integracja mieszkańców na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony jest to identyfikowanie się z Sadybą i dbanie o nią, a z drugiej integracja mieszkańców jako społeczności lokalnej, która tworzy wspierającą się wspólnotę. Chcemy promować postawę obywatelską i wspólnotową, jednocześnie dbając o poczucie bezpieczeństwa i porządku na Sadybie.

Działa Pan w Towarzystwie od kilkunastu lat. Co przez ten czas udało się osiągnąć? Jak zmieniła się Sadyba?

Faktycznie, w Towarzystwie działam od roku 2003, a od pięciu lat pełnię funkcję prezesa. Z perspektywy 17 lat widzę, że Towarzystwo wykonało gigantyczną pracę pod kątem zachowania ładu urbanistycznego, ochrony środowiska, czy infrastruktury – w tym ostatnim przypadku mam na myśli choćby zachowanie kamienia polnego na Okrężnej, czy rewitalizację 100-letniej ulicy Goraszewskiej. Mamy też duże osiągnięcia w renowacji skwerów, ulic czy zabytkowego oświetlenia gazowego. Na przykładzie innych osiedli uświadamiam sobie, jak mocno zostały one zniekształcone, ponieważ nie powstały tam takie organizacje jak TSK MOS.

Odkąd się tu wprowadziłem obserwuję również mieszkańców i jak wiele zmieniło się wśród nich. Wcześniej każdy dbał o swój kawałek ogródka, nikt nikomu nie przeszkadzał. Natomiast teraz Sadyba to tętniąca życiem wspólnota, pełna ludzi z pasją, w której każdy może znaleźć swoje miejsce. Mieszkańcy są dumni nie tylko z tego, że tu mieszkają, ale również z tego, że przynależą do lokalnej społeczności. Dzięki temu na Sadybie kwitnie życie społeczne. Razem realizujemy projekty, razem też się spotykamy. Dobrze czujemy się w swoim gronie.

Z kilku osób utworzyło się potężne grono aktywistów. To już nie jest 100 członków stowarzyszenia, ale 300 mieszkańców zaangażowanych w niektóre akcje, dążących do osiągnięcia konkretnego celu. Mamy liderów lokalnych, działających w najróżniejszych sferach – społecznej, kulturalnej, edukacyjnej. To oni potrafią zainspirować i porwać do działania. Dzięki wsparciu Sadybian wyrobiliśmy sobie markę, rozpoznawalną wśród władz Mokotowa oraz Warszawy. Znani jesteśmy z ogromnie zmobilizowanych do działania osób, którzy nawzajem się wspierają. Za naszymi inicjatywami stoi parę tysięcy racjonalnych ludzi, którzy wiedzą, czego pragną, lecz jednocześnie potrafią z szacunkiem artykułować swoje potrzeby. Umiemy rozmawiać zarówno w naszej wspólnocie jak i poza nią, a to nie jest bardzo częste zjawisko. Myślę, że przede wszystkim dlatego Sadybianie są tak niezwykłą społecznością. 

A z jakiej inicjatywy jest Pan osobiście najbardziej dumny?

Jeśli mogę wybrać tylko jedną, to będzie to akcja z zeszłego roku „Ratujmy Rezerwat Jeziorko Czerniakowskie”. Jej głównym celem było wprowadzenie regulacji chroniących nasze Jeziorko Czerniakowskie przed wysychaniem i presją człowieka (w tym zabudową). Po zebraniu ponad 7500 podpisów pod petycją, na wydarzenie nad samym Jeziorkiem zostali zaproszeni urzędnicy. Wtedy właśnie zostały przedstawione wnioski, jak to miejsce możemy wspólnie ratować.

Najbardziej zapadł mi w pamięć moment, gdy wszyscy stanęliśmy wspólnie i zaśpiewaliśmy autorską piosenkę zespołu Sadyba Śpiewa „Ratuj Jeziorko”. Mam wrażenie, że nawet obecni na miejscu urzędnicy byli wzruszeni naszą postawą i poczuli jedność naszej wspólnoty. Zapowiedzieli oni wkrótce konkretne działania, w ratuszu powołany został zespół do spraw ochrony Jeziorka Czerniakowskiego, a akcja odbiła się szerokim echem w mediach. Odnieśliśmy ogromny sukces.

Mimo że akcja wymagała wielkiego zaangażowania, dała nam ona nieopisaną satysfakcję. Wspólnie pokazaliśmy, jak wiele jest w stanie zrobić wspólnota. Nie mieliśmy wcześniej akcji, w którą zaangażowałoby się tyle osób z najróżniejszych środowisk – z chóru, Towarzystwa, ale były to również osoby prywatne i publiczne. Myślę, że mogę powiedzieć, że z tej akcji jestem niezwykle dumny.

Działalność społeczna to jednak nie tylko sukcesy. Każda zmiana ma przecież swoich przeciwników. Jak radzi Pan sobie, gdy trzeba podjąć decyzję w sprawie spornej, w której mieszkańcy mają sprzeczne opinie?

Wszystko zależy od konkretnej sprawy. Jeżeli dotyczy ona na przykład zabudowy, to kieruję się zasadami, a nie interesami stron. Żyjemy w mieście ogrodzie. Tłumaczę stronom, że chronimy tu ład urbanistyczny, przestrzenie wolne od zabudowy i oczywiście ogrody. Buduję ich świadomość.

W przypadku konfliktu staram się być mediatorem i tworzyć warunki, aby mimo różnicy zdań strony słuchały się nawzajem z szacunkiem. Jeśli rozwiązanie się nie pojawi – sam proponuję jedną, dwie opcje. Podejmowanie decyzji i wypracowywanie rozwiązań to wyzwanie, ale warto je podejmować.

Wypracowywanie takich rozwiązań to zapewne nie tylko nagły pomysł w Pana głowie, ale też seria spotkań, rozmów, uzgodnień. To wszystko wymaga czasu. Ile czasu zajmuje Panu praca społeczna na Sadybie?

Parę lat temu było to od 2 do 4 godzin dziennie. Zawsze zajmowałem się kilkoma projektami jednocześnie. W każdym z nim ważne były systematyczność i konsekwencja. Ostatnio nad sprawą ochrony Jeziorka pracowałem przez 1,5 miesiąca przez 4 godziny dziennie, 7 dni w tygodniu W tym przypadku walczyłem z czasem, bo zbliżające się wybory parlamentarne 13 października 2019 zmotywowały urzędników do przychylnego spojrzenia na latami ignorowany temat.

Historycznie najwięcej czasu zajmowało mi jednak przeciwdziałanie powstaniu zabudowy apartamentowej – uczestniczenie w parudziesięciu postępowaniach jednocześnie i doprowadzenie do uchwalenia planu miejscowego. To jedno zadanie zajęło mi prawie 9 lat.

Uczestniczenie w tworzeniu planu miejscowego czy w postępowaniach administracyjnych związanych z budową domów lub apartamentowców wymaga dobrej znajomości wielu przepisów prawa budowlanego i administracyjnego. To może odpychać potencjalnych aktywistów od angażowania się w sprawy inwestycji. Skąd Pan miał taką wiedzę?

Wiedza przyszła z czasem. Na początku nic nie było łatwe – akty prawne o ochronie zabytków i planowaniu przestrzennym nie były moją ulubioną lekturą. Stopniowo – również przez rozmowy z ekspertami – dowiadywałem się, o co w nich chodzi i na co zwracać uwagę. Dowiadywałem się też coraz więcej o innych obszarach – na przykład o historii i korzeniach Sadyby. Po pewnym czasie to, że mogę się czegoś dodatkowego dowiedzieć, coś przeczytać, zaczęło sprawiać mi ogromną przyjemność.

Ale znajomość przepisów czy dokumentów to tylko jeden, twardy czynnik sukcesu. Drugi czynnik jest miękki, ludzki – to współdziałanie i determinacja w dążeniu do celu. Tego też musiałem się nauczyć. Wspólnie z innymi aktywistami odkrywałem, jak osiągać wysokie, wręcz abstrakcyjne cele, o których nawet nie moglibyśmy pomyśleć na początku działalności. Powiedzenie „nie ma rzeczy niemożliwych” nabrało nowego znaczenia. Teraz już wiemy, jak radzić sobie z każdą sytuacją i jak dążyć do wspólnego celu.

Wciąż rozmawiamy o Pana działalności społecznej. Ale jak Pan wspomniał wcześniej, poświęca jej Pan 2-4 godziny dziennie. Co lubi Pan robić w pozostałym czasie?

Czytam książki dotyczące komunikacji międzyludzkiej, uprawiam sport: głównie ping-pong, piłkę nożną, narciarstwo. Na odpoczynek wyjeżdżam do Puszczy Białowieskiej. Znam też wiele osób – uwielbiam spotkania towarzyskie u przyjaciół z Sadyby.

A jakie jest Pana ulubione miejsce na Sadybie?

Najpiękniejszym miejscem na Sadybie jest dla mnie dom przy ul. Morszyńskiej 23. Obok znajdują się budynki z lat 20 XX. wieku, w których mieszkali najwyżsi rangą współpracownicy marszałka Józefa Piłsudskiego – Tadeusz Piskor, szef Sztabu Generalnego czy Tadeusz Kasprzycki, minister Spraw Wojskowych. Kiedy odwracam się, widzę fosę, zieleń, a w oddali blok oficerski z czerwoną dachówką. Kiedy tamtędy przechodzę, zamykam oczy i przenoszę się w lata 20. Jest cicho, śpiewają ptaki, fosy nie przecina jeszcze głośna Powsińska. Myślami wracam wtedy do korzeni Sadyby.

Sielska Sadyba, czemu nie? Wystarczy wpuścić Wisłostradę na Powsińskiej w tunel. Mówił Pan, że nie ma rzeczy niemożliwych…

To prawda, jestem marzycielem. Ale też twardo stąpam po ziemi. Zauważam, że od czasów przedwojennych trochę się na świecie zmieniło, a Sadyba przestała być osiedlem na peryferiach miasta. Jeśli miałbym coś odtwarzać z przeszłości, to postawiłbym raczej na przedwojenny duch osiedla i przedwojenną wspólnotę jego mieszkańców.


Czytaj dalej

Wszystko gotowe. A mimo to otwarcie kąpieliska niepewne

Wszystko gotowe. A mimo to otwarcie kąpieliska niepewne

Zgodnie z planem w sobotę ma ruszyć kąpielisko na Jeziorku Czerniakowskim. Na dzień przed otwarciem nadal jednak nie wiadomo, czy tak się stanie.

– Kąpielisko jest przygotowane – powiedziała nam w piątek przed godziną 18.00 zastępczyni dyrektora OSiR Mokotów, Agnieszka Macheta. Przedstawicielka organizatora przyznała, że nie wszystko jednak idzie zgodnie z planem. – Nadal czekamy na bieżącą ocenę jakości wody, którą wydaje PSSE, aby potwierdzić, że woda jest przydatna do kąpieli – stwierdziła.

Pozytywna ocena powinna być formalnością. Dokładnie tydzień temu, w wyniku naszej interwencji po domniemanym incydencie śnięcia ryb, Wydział Ochrony Środowiska Straży Miejskiej zlecił badania poglądowe wody w Jeziorku Czerniakowskim. Jak zapewniła nas Anna Stopińska z Zarządu Zieleni miejskiej, specjalistyczne badania wykonane w trzech różnych miejscach zbiornika nie wykazały żadnych niepokojących sygnałów.

Bez otrzymania oceny od Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej kąpielisko nie może jednak zostać dopuszczone do użytku.

Puste zalecenia?

Jeśli ocena wody jednak dojdzie na czas i kąpielisko ruszy w zaplanowanym terminie, pierwsze dni jego funkcjonowania mogą być trudne zarówno dla użytkowników jak i organizatora.

Zgodnie z zaleceniami GIS, użytkownicy kąpieliska muszą stosować się do nowego reżimu sanitarnego. Według regulaminu kąpieliska plażowicze powinni zachować dystans społeczny (co najmniej 2-metrowy odstęp) wobec osób niespokrewnionych ze sobą. Dotyczy to zarówno przebywania na plaży jak i podczas kąpieli w wodzie. Mają również obowiązek zakrywać usta i nos na terenie plaży za pomocą odzieży lub jej części, maski, maseczki, przyłbicy, chyba że zostanie zachowana odległość co najmniej 2 metrów od innych plażowiczów.

Jak organizator zamierza wyegzekwować te zasady? – Osoby korzystające z kąpieliska Jeziorko Czerniakowskie zostaną poinformowane o zaleceniach i ograniczeniach w postaci stosownego Regulaminu (analogicznie jak miało to miejsce w poprzednich latach), a w szczególności o zachowaniu dystansu społecznego – powiedziała nam dyrektorka OSiR Mokotów. – Na terenie będą odpowiednie piktogramy mówiące o zakazach i nakazach, o tym co wolno, a czego nie wolno – uzupełniła Agnieszka Macheta.

Nie jest jasne, co się stanie, kiedy plażowicze zignorują zalecenia, ani też kto powinien w takiej sytuacji interweniować. Przedstawicielka organizatorów uspokaja: – Kąpielisko działać będzie na podstawie stosownych regulaminów, w których określone będą obowiązki osób korzystających z kąpieliska jak i podmiotów odpowiedzialnych za prowadzenie kąpieliska.

Jeziorko Czerniakowskie jest jednym z trzech na Mazowszu i 17 w kraju kąpielisk, które otworzą się w pierwszym tygodniu po zniesieniu zakazu przez polskie władze. Będzie ono funkcjonowało od 6 czerwca do 13 września tego roku. Jak czytamy w uchwale rady miasta dot. organizacji kąpieliska, długość wykorzystywanej linii brzegu to 30 m, a przewidywana maksymalna liczba osób korzystających z kąpieli to 500 osób dziennie. Na czas funkcjonowania kąpieliska teren będzie wyposażony w toalety przenośne, kosze na śmieci oraz kontenery na odpady.


Czytaj dalej

Gwiazdy skrzyknęły się dla Starszych Panów

Gwiazdy skrzyknęły się dla Starszych Panów

 

Taki zestaw gwiazd w jednym miejscu to rzadkość. A jednak udało się! Kilkadziesiąt znanych aktorek, aktorów, piosenkarek i piosenkarzy zgodziło się bez wahania.

W zaledwie dwa tygodnie na dwóch kartkach papieru swój podpis złożyli m.in.: Grzegorz Turnau, Irena Santor, Hanna Banaszak, Marek Kondrat, Wojciech Młynarski, Wiesław Michnikowski, Wiesław Gołas, Bogdan Łazuka, Zofia Kucówna, Barbara Wrzesińska, Piotr Fronczewski, Magdalena Zawadzka, Joanna Szczepkowska, Edyta Wojtczak, Krystyna Sienkiewicz, Alina Janowska-Zabłocka, Jerzy Kamas, Andrzej Poniedzielski, Barbara Krafftówna, Tadeusz Suchocki, Krzysztof Tyniec, Krystyna Tkacz, Jerzy Derfel, Grzegorz Damięcki.

Na kartkach widnieją też podpisy rodziny: Marii i Grzegorza Wasowskich (żony i syna Grzegorza Wasowskiego), oraz Kota Przybory (syna Jeremiego Przybory). Wstęp wymyśliła Magda Umer.

Wszyscy skrzyknęli się w grudniu 2008 roku. Podpisy składali najczęściej w swoich domach, ale też w kawiarniach, teatrach, centrach handlowych. Z entuzjazmem i z własnej inicjatywy gwiazdy telefonowały do kolejnych gwiazd, spotkały się przy kawie na wspólne podpisywanie, dzieliły się nigdzie nie publikowanymi anegdotami z prywatnego życia Jeremiego i Grzegorza.

Tak powstała lista poparcia (druga, po liście mieszkańców) dla utworzenia Skweru Starszych Panów na starej Sadybie. Kilkaset metrów od tego miejsca na plażę Jeziorka Czerniakowskiego w czasie wojny chodził Jeremi Przybora. To tu, przy Okrężnej mieszkał ze swoją pierwszą żoną i dzieckiem. W swoich wspomnieniach uznawał Sadybę za „zieloną fatamorganę warszawskiej pustyni”. Decyzją Rady Warszawy miejsce to wpisano na mapę stolicy 28 maja 2009 roku. 11 lat temu.

Magda Umer, kiedy w swoim salonie pod Warszawą wymyślała wstęp do listy poparcia, napisała: „miejsce to będzie tętniło piosenkami i światem wymyślonym przez Starszych Panów, przy okazji różnego rodzaju dorocznych działań artystycznych. Jesteśmy pewni, że znakomicie będzie łączyło pokolenia i „powiększało wyobraźnię” coraz młodszych mieszkańców Warszawy.” 

Od 2009 roku na Skwerze Starszych Panów odbywają się coroczne potańcówki w starym stylu, koncerty i inne wydarzenia kulturalne, organizowane przez mieszkańców Sadyby i Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Miasto Ogród Sadyba.


Czytaj dalej

Duże martwe ryby dryfują w Jeziorku Czerniakowskim

Duże martwe ryby dryfują w Jeziorku Czerniakowskim

Mieszkańcy okolic Jeziorka Czerniakowskiego zauważyli wczoraj z przerażeniem, jak przy brzegach zbiornika dryfuje kilka dużych martwych ryb. Zarządcy terenu uspokajają.

– Coś się wydarzyło niedobrego. Obok mostu leżą dwie duże martwe ryby – napisała do nas wczoraj pani Malwina. Kilka godzin wcześniej podobną informację dostaliśmy od pani Renaty. Tym razem chodziło o pojedynczą rybę, dryfującą w wodzie. Wszystkie trzy ryby łączyło jedno: były duże, martwe i unosiły się na wodzie blisko siebie – po obu stronach mostu przy Gołkowskiej.

Przyducha?

Po naszej interwencji, w niedzielę wczesnym popołudniem na miejsce udał się ekopatrol straży miejskiej. Zamiast trzech, znalazł tylko jedną martwą rybę. Nie wziął jej, ale sprawę obiecał przekazać Zarządowi Zieleni, czyli jednostce miejskiej, która zarządza m.in. Jeziorkiem Czerniakowskim.

W poniedziałek sprawą zainteresowaliśmy dodatkowo Zarząd Zieleni oraz Mazowiecki Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska. Ten drugi bada m.in. jakość wody w zbiornikach wodnych, co często jest konieczne, by wykluczyć przyduchę spowodowaną zanieczyszczeniem wody. W wyniku naszego zgłoszenia obie instytucje wspólnie ustaliły przyczynę.

Wszyscy zgodni

– Znalezione martwe ryby były okaleczone w wyniku niewłaściwego postępowania wędkarzy – mówi Iwona Zdunek z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Magdalena Zakrzewska z Zarządu Zieleni Miejskiej w Warszawie doprecyzowuje, że ryby znajdowały się w pobliżu pomostu wędkarskiego.

– Gdyby to była przyducha, to byłoby więcej śniętych ryb. A nie ma. Bardziej prawdopodobne, że byli to kłusownicy. Łowią tutaj nielegalnie na pomostach po północnej stronie. Zapewne nieumiejętnie łowili, okaleczyli i zostawili – mówi Wiesław Domaszewski, prezes pobliskiej przystani wędkarskiej Różanka.

Szef koła wędkarskiego przypuszcza, kto mógł być sprawcą. – Jest ich tu dużo. Zwykle pochodzą ze Wschodu. Tutaj niedaleko na Augustówce mają swój hotel – komentuje. Domaszewski przyznaje jednak, że to tylko przypuszczenia. O incydencie dowiedział się podczas pobytu na Mazurach i od tego czasu nie przyjechał jeszcze do Warszawy.


Czytaj dalej

Znów będziemy się kąpać w Jeziorku Czerniakowskim?

Znów będziemy się kąpać w Jeziorku Czerniakowskim?

Mokotowski OSiR robi wszystko, by otworzyć kąpielisko nad Jeziorkiem Czerniakowskim już od 1 czerwca. Na razie ograniczenia pandemiczne na to nie pozwalają.

Odmrażanie gospodarki i życia społecznego postępuje w szybkich tempie. Po otwarciu centrów handlowych, restauracji, zakładów fryzjerskich, boisk, przedszkoli i żłobków, jednymi z ostatnich bastionów pozostały masowa rozrywka i rekreacja. Wygląda na to, że i ten bastion może wkrótce polec.

Oto Ośrodek Sportu i Rekreacji na Mokotowie planuje otworzyć kąpielisko nad Jeziorkiem Czerniakowskim już od 1 czerwca. Dziś rano ogłosił decyzję o poszukiwaniu organizatora kąpieliska.

W opisie przetargu nie ma na razie żadnych dodatkowych warunków sanitarnych ponad te, które obowiązywały w poprzednich sezonach. Istnieje jednak zastrzeżenie, że zakres umowy może być rozszerzony o takie wymogi.

Zapytaliśmy OSIR o to, czy istnieją jakiekolwiek zapowiedzi rządu lub ratusza, które dawałyby nadzieję, że sezon kąpielowy nad Jeziorkiem Czerniakowskim rozpocznie się z dniem 1 czerwca, zapisanym w przetargu.

– OSiR Mokotow czyni przygotowania do otwarcia infrastruktury sportowo-rekreacyjnej – potwierdza plany dyrektor jednostki, Krzysztof Rosiński. – Szczegółów organizacyjnych oraz terminów możemy się spodziewać w najbliższym czasie – dodaje.

Pewności co do otwarcia kąpieliska jednak nie ma. Szef OSIR-u uczula, że otwarcie kąpieliska zależy m. in. od otrzymania i wdrożenia szczegółowych wytycznych wydanych przez Głównego Inspektora Sanitarnego..


Czytaj dalej

Trzy ogródki i zakaz mięsa, czyli sklep, którego Warszawa jeszcze nie widziała

Trzy ogródki i zakaz mięsa, czyli sklep, którego Warszawa jeszcze nie widziała

Owoce & Warzywa & Bistro. Nowy sklep na mapie starej Sadyby otwiera się w sobotę o 9.00.

W czasie pandemii lokale usługowe najczęściej się zamykają – na chwilę lub na stałe. Ten przeciwnie – właśnie się otwiera. W dawnym lokalu po restauracji NABO przy Zakręt 8 rusza hybryda – najpierw sklep z wszystkim oprócz mięsa, a za jakiś czas również bistro z prostymi daniami. Dzień przed otwarciem sprawdziliśmy, jak ten niecodzienny koncept wygląda w praktyce.

Trzy ogródki na zewnątrz

Co już jest? Ogródek nr 1. Od strony ulicy Zakręt rzuca się w oczy duży drewniany podest. To tam mają być wystawiane stoliki, gdy ruszy gastronomia. Goły na razie podest ma być wkrótce uzupełniony o pergolę (taka sama ma powstać w sąsiednim lokalu NABOku) i donice z zielenią. Jak informuje właściciel, Jan Jungst, z otwarciem tej części trzeba poczekać aż właściciel budynku zakończy remont elewacji. Po ociepleniu mury mają być pomalowane ponownie na szaro. Przy podeście powstanie też podjazd dla wózków.

Na zewnątrz jest już też ogródek nr 2 – pole soczystej trawy od strony Jodłowej, otoczone krzewami. Kilka nowych krzewów i zupełnie nowy system nawadniania dają nadzieję na wiecznie zielone otoczenie. Po poprzednikach pozostanie stół na środku ogrodu i zjeżdżalnia dla dzieci. Mają przybyć też kolejne urządzenia do zabawy dla dzieci. Będzie też sporo miejsca do siedzenia i relaksu – właściciele mają rozstawić kilkanaście leżaków.

Na tyłach budynku jest już też zalążek ogrodu nr 3 – to na razie skrzynki, w których zasadzono różne owoce i warzywa. Jak zapewnia właściciel, ma to być ogród społeczny, co oznacza, że każdy będzie mógł sobie tutaj przyjść i coś zasadzić lub zebrać. Ta zaniedbana dotąd część działki ma być ogrodzona płotkiem, a widok na śmietnik ma przysłonić drewniana konstrukcja. Wszystko po to, by w ogrodzonym ogrodzie społecznym mogły odbywać się otwarte warsztaty z ogrodnictwa i pszczelarstwa (przybędą dwa-trzy ule), a rodzice mogli bezpiecznie organizować urodziny i przyjęcia dla swoich pociech.

W środku praca wre

A co jest w środku? Kiedy weszliśmy do środka budynku w piątek po 15.00 dziesięć osób krzątało się wśród swobodnie rozłożonych towarów. Gotowe dania i soki stały w dużej mierze na swoich półkach. Właściciel dopiero pokazywał nam, gdzie stanie lada (przed dawną czarną tablicą z menu), a gdzie skrzynki z owocami i warzywami (pod białą ceglaną ścianą). Jak stwierdził, będzie wszystko poza mięsem.

– Może tak to nie wygląda, ale wszystko będzie na czas – zapewnia nas Jan Jungst. Mimo spokoju i pozytywnej energii, widać po nim, że trochę jednak niepokoi się o frekwencję w dniu otwarcia. – W ciągu kilku ostatnich godzin przeszło tędy zaledwie kilka osób – mówi.

Wielkie otwarcie w sobotę, 16 maja – dzień po urodzinach właściciela („w handlu otwiera się tylko w środę lub w sobotę”). Lokal będzie tego dnia otwarty od 9.00 do 15.00.


Czytaj dalej